Przyszedł. Przyszedł tutaj, nie wiedział do końca po co, ale im bliżej sali się znajdował, tym większa kipiała z niego złość. Złość, ha! Niee, to nie była złość, to była wręcz wściekłość. Olbrzymi, kipiący z uszu gniew wymieszany ze skandalicznie dużymi dawkami żalu, niechęci i (czego przed sobą nie przyznał, ale uczuć nie dało się oszukać) tęsknoty za czymś zupełnie nieznanym - za wyobrażeniem jak inaczej i lepiej mogła potoczyć się ich wspólna historia, gdyby tylko Morpheus nie był takim nieudacznikiem, gdyby nie był durniem igrającym z losem, tylko kimś słuchającym się gwiazd - wszechświat ewidentnie pchał ich ku sobie, dlaczego ktokolwiek miałby to utrudniać?
- „Przyszedłeś”?! - Warknął, bardzo dobrze naśladując przy tym jego ton. - Miałeś mi powiedzieć: przepraszam! - Dodał, wciąż pełen emocji, a później szarpiąc go za koszulę, nie zważając na gapiów, którzy w dodatku śmieli odezwać się kompletnie nieproszeni, pchnął Longbottoma do przodu, chcąc powalić go na ziemię. Oko za oko? O nie, on nie zabierał tyle samo, on pożerał dusze!
Emocje musiały w nim coś obudzić, bo poczuł, jak przechylają się w narzuconą im przez niego stronę...
Shafiq był bardzo, ale to bardzo naiwny chcąc wylać z siebie spokojny monolog - nie otrzymał tej atencji od Dolohova nigdy, a jeżeli zechciał mówić mimo tego, wszystkie wypowiedziane słowa utonęły w szarpaninie, Dolohov ani trochę go nie słuchał. Miło go było widzieć? Zamknij się ty męczydupo, ty... kim on w ogóle był, jak ten śmieć śmiał śmieć, skąd on w sobie brał odwagę. Obsraniec nie widział, że oboje byli bardzo, ale to bardzo zajęci? Rzuciłby mu krótkim: idź przecz, idź pan w chuj, nikt pana tu nie chce, gdyby w ogóle przejął się tym, co prefekt naczelny do niego trajkotał, ale teraz nie liczył się nikt inny niż Morpheus Longbottom.
- Po co... - wysyczał przez zaciśnięte zęby, wciąż trzymając go za mundurek - po coś ty mi wsadził tę notatkę, po co ty mnie zalewasz słowami, które nic kurwa nie znaczą?! Piszesz mi wieśniaku - tak, bardzo przeżywał życie Morpheusa w pięknej i słonecznej Dolinie Godryka, zamiast ponurego i mglistego Little Hangleton, w którym jemu przychodziło spędzać każde wakacje - o ruskich bajkach, na siłę ubierasz to co zrobiłeś w poetyckie opisy, życzysz mi szczęścia. Po co? Po co ty to do mnie piszesz durniu, skoro nie potrafisz mnie przeprosić?
- „Przyszedłeś”?! - Warknął, bardzo dobrze naśladując przy tym jego ton. - Miałeś mi powiedzieć: przepraszam! - Dodał, wciąż pełen emocji, a później szarpiąc go za koszulę, nie zważając na gapiów, którzy w dodatku śmieli odezwać się kompletnie nieproszeni, pchnął Longbottoma do przodu, chcąc powalić go na ziemię. Oko za oko? O nie, on nie zabierał tyle samo, on pożerał dusze!
Rzut T 1d100 - 85
Sukces!
Sukces!
Emocje musiały w nim coś obudzić, bo poczuł, jak przechylają się w narzuconą im przez niego stronę...
Shafiq był bardzo, ale to bardzo naiwny chcąc wylać z siebie spokojny monolog - nie otrzymał tej atencji od Dolohova nigdy, a jeżeli zechciał mówić mimo tego, wszystkie wypowiedziane słowa utonęły w szarpaninie, Dolohov ani trochę go nie słuchał. Miło go było widzieć? Zamknij się ty męczydupo, ty... kim on w ogóle był, jak ten śmieć śmiał śmieć, skąd on w sobie brał odwagę. Obsraniec nie widział, że oboje byli bardzo, ale to bardzo zajęci? Rzuciłby mu krótkim: idź przecz, idź pan w chuj, nikt pana tu nie chce, gdyby w ogóle przejął się tym, co prefekt naczelny do niego trajkotał, ale teraz nie liczył się nikt inny niż Morpheus Longbottom.
- Po co... - wysyczał przez zaciśnięte zęby, wciąż trzymając go za mundurek - po coś ty mi wsadził tę notatkę, po co ty mnie zalewasz słowami, które nic kurwa nie znaczą?! Piszesz mi wieśniaku - tak, bardzo przeżywał życie Morpheusa w pięknej i słonecznej Dolinie Godryka, zamiast ponurego i mglistego Little Hangleton, w którym jemu przychodziło spędzać każde wakacje - o ruskich bajkach, na siłę ubierasz to co zrobiłeś w poetyckie opisy, życzysz mi szczęścia. Po co? Po co ty to do mnie piszesz durniu, skoro nie potrafisz mnie przeprosić?
with all due respect, which is none