a następnie: Południowe stragany – Loteria mistrza gry
Victoria nigdy nie miała Sauriela za kretyna, nigdy nie uważała, że jest niezdolny do jakiegoś wysiłku umysłowego, czy domyślania się pewnych rzeczy, które człowiek wysyłał mu jasnym sygnałem. Większość tego to była poza i ciemnooka doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Jak również z tego, że Sauriel wiele rzeczy robił celowo i udawał głupszego, niż był, żeby tylko ludzie dali mu spokój. Czasem może rzeczywiście czegoś nie rozumiał… Ale chyba ona sama przyzwyczaiła go do tego, że to nie jest konkurs na domyślanie się i zwykle tłumaczyła mu swój punkt widzenia, by mógł ją zrozumieć. Rozumiał. I rozumieli się i dogadywali całkiem dobrze… Uśmiechnęła się do niego, gdy powiedział jej, że pięknie wygląda. Takie słowa znaczyły dużo, ale tylko dlatego, że on je wypowiadał.
– Pomyślałam dokładnie to samo – to przez niego przeczytała tę książkę. W jej mieszkaniu nadal były tomiszcza, ciągle nie było okazji ich oddać, ale naprawdę wszystko przeczytała – głównie dlatego, że chciała zrozumieć, o czym on i Brenna w ogóle mówią, w drugiej kolejności przez ciekawość. I wiedziała, że sprawiła mu tym przyjemność, tak jak on teraz sprawiał jej.
– Kuzy– – Victoria urwała w półsłowa, powtarzając za Lyssą, raz jeszcze spojrzała na szyld, po czym do niej dotarło. – No tak, Mulciber. Ciągle zapominam, że nie nosisz nazwiska po ojcu – i w gruncie rzeczy nie było to nic złego. Victoria oczywiście znała się z Vasilijem, był mężem jej ulubionej kuzynki, z którą łączyło ją całkiem sporo, szanowała go jako naukowca i nawet kilka dni temu odwiedziła go w Prawach Czasu. Wiedziała, że ma córkę z poprzedniego małżeństwa, widziała ją zresztą ostatnio na pojedynku Louvaina z tym bucem, znała ją bardzo przelotnie, ale przynajmniej znały się z imienia. – Właściwie to bardzo miło z twojej strony – bo to faktycznie było miłe, że zgodziła się przypilnować stoiska. – Ja to dziękuję, coś mi zaszkodziło – uśmiechnęła się do Lyssy przepraszająco, bo faktycznie poprzedni alkohol ją trochę zmiótł, nie zamierzała już nic dzisiaj więcej pić procentowego, ale Saurielowi rzecz jasna nie planowała odmawiać spróbowania alkoholu. Jej przyjaciel… Cóż, jej przyjaciel postanowił sam się przedstawić i nawet zrobił to grzecznie, co ją zaskoczyło. Równie grzecznie zapłacił za możliwość napicia się i grzecznie odstawił kieliszeczek, gdy już posmakował cytrynówki.
– Dzień dobry – Victoria uśmiechnęła się do Charlesa, doskonale pamiętając, że w sumie to niedawno się widzieli i że kupiła od niego świeczki. Aż odwróciła głowę i chyba widziała gdzieś w bliskiej odległości… Roberta Mulcibera, albo drugiego Roberta Mulcibera… Nie była pewna. Możliwe, że dwoiło jej się w oczach już od momentu, gdy napiła się wina od Shafiqa… Tym niemniej nie zamierzała o nic pytać i robić kolejnego zamieszania. – W sumie jak ci smakuje… – tu zwróciła się już do Sauriela, po czym wzruszyła ramionami. – A co mi tam… – sięgnęła po ulotkę, na której było napisane wszystko jak dokładnie skontaktować się z Sophie i jak złożyć zamówienie i schowała ją sobie do torebki. – Na nas już czas – pożegnała się z Lyssą i Charlesem, a kroki jej i Sauriela skierowały się do stołu z loterią.
– To chyba jakaś twoja dalsza rodzina. Ten chłopak, on sprzedawał wcześniej świeczki. A Lyssa to córka Vasilija Dolohova, tego znanego jasnowidza, nosi nazwisko Mulciber chyba po swojej matce – zwróciła się do Sauriela już gdy odeszli, zupełnie nieświadoma myśli, jakie właśnie przebiegały przez jego głowę. Ale było w nich coś prawdziwego – to był bardzo miły dzień, spokojny, napełniał Victorię jakimś takim szczęściem, którego nie odczuwała już naprawdę bardzo długo.
A w końcu udało im się dojść do stołu. Tu kupili właściwe bony i ustawili się w kolejce, żeby zakręcić. Victoria zamierzała zużyć wszystkie swoje bonów – bo czemu nie? Skoro już je miała, to dlaczego by się nie pobawić?