23.06.2024, 11:45 ✶
Peregrinus nie poczuł się wywołany do pytania o samopoczucie zadanego przez Patricka, bo padło ono zanim podmiot został rozszerzony z „ty, Sebastianie” do „wy”. Ale tak, można bezpiecznie uznać, że to: „nie” wystarczająco dobrze opisywało jego stan.
Dyskusji na temat aur od początku przysłuchiwał się raczej pobieżnie. Była to zupełnie nie jego dziedzina, więc pomijał szczegóły o układach kolorów, a wychwytywał same wnioski, jakie podsuwali czarodzieje.
Wysłuchał z uwagą objaśnień Sebastiana. Co do tego, że bezpośrednia ingerencja w czaszkę była ryzykowna, wszyscy się chyba zgadzali. Dłubanie w artefakcie wymagałoby prawdziwie misternej roboty grożącej fatalnymi konsekwencjami. Lecz być może to dłubanie nie było konieczne. Być może dałoby się ją zamknąć w odizolowanym środowisku, które zablokowałoby wypływające z niej energie, odgrodziło je od świata zewnętrznego.
Ze swoją sugestią Trelawney wstrzymał się jednak do czasu, aż Macmillan skończy badać przedmiot; wahał się do ostatniej chwili, czy warto wysuwać się przed szereg. Egzorcysta z pewnością miał większe doświadczenie z podobnymi artefaktami, a mimo że wróżbita odznaczał się pewną swobodą w posługiwaniu się runami i pieczęciami, to zawsze coś mogło pójść nie tak. Czterech obcych czarodziejów oglądałoby wówczas jego fiasko, a Peregrin był czuły na punkcie tracenia twarzy, szczególnie publicznie. W tym przypadku na szali stało jednak bezpieczeństwo, również jego własne, więc chowanie tego pomysłu w rękawie nie było zapewne najszczęśliwszym rozwiązaniem.
— Jeśli znajdziemy jakieś naczynie, coś, co ją pomieści i w czym można wydrążyć runy, mógłbym dla dodatkowej pewności spróbować ją w nim zapieczętować — podsunął ostatecznie, wybierając przezornie niezbyt ostre stwierdzenie. Mógłby spróbować, ale tylko spróbować. Żadnych obietnic. — Nie zaingeruje to wprost w sam artefakt, a ograniczy go i odetnie jego magię od świata. Jeśli nie w całości, to może chociaż w części.
Mimochodem mężczyzna odnotował, że według pracowników biura czarnoksiężnik odpowiedzialny za stworzenie czaszek nie żyje. Z kronikarskiego obowiązku odnotowane zostało również w jego wspomnieniach, że Patrick Steward był w tej scenie bez koszulki.
Mógł spodziewać się prośby o milczenie, ale niekoniecznie dobrze leżało mu składanie takiej obietnicy. Nie planował może sprzedawać tych informacji Prorokowi ani czynić ich anegdotką opowiadaną przy stole, lecz nie wykluczał, że po całodniowej nieobecności w pracy połączonej z doniesieniami prasowymi Dolohov mógłby go o Windermere zapytać. A poza tym… wydarzenia ostatniej doby kotłowały się w nim i miał poczucie, że remedium na niespokojną głowę byłoby właśnie wygadanie się komuś. Ze wszystkiego, od początku do końca. Od razu przyszła mu do głowy Millie Moody, na którą być może obowiązywałaby nawet dyspensa. Co natomiast nieco ujmowało atrakcyjności temu planowi: sprawy między nimi zostały po weselu Blacków w dziwnym miejscu.
Nie odpowiedział więc na prośbę od razu, choć też nie zwlekał przesadnie, aby nie wyszło to podejrzanie.
— Zachowam dyskrecję. — Na miarę możliwości. — I zakładam, że nie będzie sensu dopytywać później o dalsze losy sprawy — skwitował z bladym uśmiechem, ni to pytaniem, ni to stwierdzeniem.
Domyślał się odpowiedzi. Pozostawało zaakceptować, że jego historia z tematem Windermere w tym miejscu się zapewne skończy. Akurat w momencie, w którym przestawała mrozić krew w żyłach.
Dyskusji na temat aur od początku przysłuchiwał się raczej pobieżnie. Była to zupełnie nie jego dziedzina, więc pomijał szczegóły o układach kolorów, a wychwytywał same wnioski, jakie podsuwali czarodzieje.
Wysłuchał z uwagą objaśnień Sebastiana. Co do tego, że bezpośrednia ingerencja w czaszkę była ryzykowna, wszyscy się chyba zgadzali. Dłubanie w artefakcie wymagałoby prawdziwie misternej roboty grożącej fatalnymi konsekwencjami. Lecz być może to dłubanie nie było konieczne. Być może dałoby się ją zamknąć w odizolowanym środowisku, które zablokowałoby wypływające z niej energie, odgrodziło je od świata zewnętrznego.
Ze swoją sugestią Trelawney wstrzymał się jednak do czasu, aż Macmillan skończy badać przedmiot; wahał się do ostatniej chwili, czy warto wysuwać się przed szereg. Egzorcysta z pewnością miał większe doświadczenie z podobnymi artefaktami, a mimo że wróżbita odznaczał się pewną swobodą w posługiwaniu się runami i pieczęciami, to zawsze coś mogło pójść nie tak. Czterech obcych czarodziejów oglądałoby wówczas jego fiasko, a Peregrin był czuły na punkcie tracenia twarzy, szczególnie publicznie. W tym przypadku na szali stało jednak bezpieczeństwo, również jego własne, więc chowanie tego pomysłu w rękawie nie było zapewne najszczęśliwszym rozwiązaniem.
— Jeśli znajdziemy jakieś naczynie, coś, co ją pomieści i w czym można wydrążyć runy, mógłbym dla dodatkowej pewności spróbować ją w nim zapieczętować — podsunął ostatecznie, wybierając przezornie niezbyt ostre stwierdzenie. Mógłby spróbować, ale tylko spróbować. Żadnych obietnic. — Nie zaingeruje to wprost w sam artefakt, a ograniczy go i odetnie jego magię od świata. Jeśli nie w całości, to może chociaż w części.
Mimochodem mężczyzna odnotował, że według pracowników biura czarnoksiężnik odpowiedzialny za stworzenie czaszek nie żyje. Z kronikarskiego obowiązku odnotowane zostało również w jego wspomnieniach, że Patrick Steward był w tej scenie bez koszulki.
Mógł spodziewać się prośby o milczenie, ale niekoniecznie dobrze leżało mu składanie takiej obietnicy. Nie planował może sprzedawać tych informacji Prorokowi ani czynić ich anegdotką opowiadaną przy stole, lecz nie wykluczał, że po całodniowej nieobecności w pracy połączonej z doniesieniami prasowymi Dolohov mógłby go o Windermere zapytać. A poza tym… wydarzenia ostatniej doby kotłowały się w nim i miał poczucie, że remedium na niespokojną głowę byłoby właśnie wygadanie się komuś. Ze wszystkiego, od początku do końca. Od razu przyszła mu do głowy Millie Moody, na którą być może obowiązywałaby nawet dyspensa. Co natomiast nieco ujmowało atrakcyjności temu planowi: sprawy między nimi zostały po weselu Blacków w dziwnym miejscu.
Nie odpowiedział więc na prośbę od razu, choć też nie zwlekał przesadnie, aby nie wyszło to podejrzanie.
— Zachowam dyskrecję. — Na miarę możliwości. — I zakładam, że nie będzie sensu dopytywać później o dalsze losy sprawy — skwitował z bladym uśmiechem, ni to pytaniem, ni to stwierdzeniem.
Domyślał się odpowiedzi. Pozostawało zaakceptować, że jego historia z tematem Windermere w tym miejscu się zapewne skończy. Akurat w momencie, w którym przestawała mrozić krew w żyłach.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie