Wiedział o jej przypadłości. Zdawał sobie sprawę na czym ona polegała. Czym kobietę obdarzyła posiadana choroba genetyczna. Choroba Milforda była zagadnieniem, któremu Robert poświęcał niegdyś wiele uwagi. Żywo się nim interesował. Chciał możliwie dokładnie ten temat zgłębić. Zrozumieć. Zajmował się nim na boku. W swoim wolnym czasie. Tym czasie, którego miał niewiele, z racji na inne obowiązki, inne projekty badawcze. Dlatego też teraz, do pewnego stopnia rozumiał, co działo się z Verą. Nie ingerował jednak, nie reagował - po prostu cierpliwie czekał aż ciemnowłosa zdoła się z tym uporać. A kiedy wreszcie jej się to udaje, nie pyta. Nie okazuje żadnej troski, nawet tej sztucznej, nieprawdziwej. Po prostu kiwa głową. Zgadza się zająć jedno z kuchennych krzeseł.
Ostatnim czego szukał u Very była litość. O coś takiego zresztą nie podejrzewałby Travers. W jego oczach była kimś, kto mógłby odpowiednio się jego problemem zająć. Właściwą do tego osobą, choć być może - z pewnych względów - nie powinien decydować się na to, aby zwrócić się z tym właśnie do niej. Słuchał z uwagą tego, co miała mu do przekazania. Nie wtrącał się. Nie przerywał. Nie starał się niczego prostować. Sięgnął natomiast po herbatę, która po wystygnięciu z całą pewnością nie byłaby równie dobra. Ostrożnie upił pierwszy łyk, upewniając się że nie była zbyt gorąca. Dopiero po tym, w ślad za nim poszły kolejne.
Wreszcie odstawia naczynie na stół.
Nie śpieszy się jednak z udzieleniem jej odpowiedzi. Bo choć od samego początku zdaje sobie sprawę z tego, że sytuacja nie jest w tym przypadku prosta, to raz jeszcze musi wszystko przemyśleć. W jego głowie pojawiają się różne myśli. Poważne wątpliwości. Rozważa wycofanie się. Przeprosiny za to, że niepotrzebnie zajął jej czas. Zarazem jednak pamięta o tym, co powodowało nim, kiedy wysyłał do niej list. Kierował prośbę o spotkanie. Oddając się w ręce Very, minimalizował ryzyko. Powinien być w stanie odpowiednio się obronić, gdyby sytuacja tego wymagała.
- Postaram się do wszystkiego zastosować. - wreszcie odpowiada. Ile w tym fałszu? Bardzo dużo, choć oczywiście stara się, aby nie dało się tego wychwycić. Zbyt łatwo. Tak po prostu. Choć kłamie, stara się stwarzać pozory. Bo przecież on, Robert Mulciber, nie ma zbyt wiele do ukrycia. Nie teraz, kiedy obydwoje pozostają zaangażowani w ten sam projekt; te same badania. Wydawać by się mogło, iż grają w jednej drużynie.
No cóż, nic bardziej mylnego.