Grudzień zdecydowanie był miesiącem, na który Cameron czekał z niecierpliwością przez ostatnie tygodnie spędzone w Hogwarcie. Wprawdzie dalej miał u swego boku znajomych i przyjaciół z roku, jednak nie było to samo, co posiadanie pod ręką Heather i Charliego. Z początku wydawało mu się, że rok szkolny minie szybko, jednak gdy tylko zaczęło robić się chłodniej, a drzewa zaczęły zmieniać kolor swych liście na żółte, czerwony czy brązowe, poczuł, że czas zaczął mu się niemiłosiernie dłużyć. A to wywoływało w nim niemałą frustrację. Wymiana listów i nieliczne spotkania w Hogsmeade nie były w stanie zastąpić niemalże codziennego kontaktu, do jakiego przywykł przez całe lata nauki w szkole.
Z tego właśnie powodu zamierzał odbić sobie brak kontaktu zresztą legendarnego trio podczas przerwy świątecznej, nawet jeśli robił to kosztem pomocy w przygotowaniach do świątecznego obiadu czy kolacji. Dom rodzinny był na szczęście pełny jego uzdolnionego rodzeństwa, więc kto wie, może nawet nie zauważyli zniknięcia najmłodszego dziecka w rodzinie? Szkoda, że Rudą gdzieś wcięło, pomyślał nieco smutny. Nie chciał narzekać, ale łaknął kontaktu z resztą grupy. Dobrze, że chociaż na Charliego nie mógł narzekać, gdyż ten najwidoczniej postanowił zapewnić mu rozrywkę za dwie lub nawet trzy osoby.
— Nie pierdziel. Wiadomo, co byś zrobił — skomentował z uśmiechem na ustach, starając się zrównać tempo chodzenia z drugim chłopakiem. Poczekał, aż ten spojrzy na niego pytająco i dopiero wtedy kontynuował: — Włamałbyś się do opuszczonej cieplarni i tam razem z Heather urządzilibyśmy sobie kółko naukowe. Podawalibyśmy sobie fajkę pokoju, żeby uciszyć to echo, które odbija się w naszych pustych głowach, a potem dokonalibyśmy przełomowego odkrycia naukowego.
O którym zapomnielibyśmy po przebudzeniu z drzemki po paleniu, dorzucił bezgłośnie, starając się nie wywrócić na poślizgnąć na resztkach śniegu z lodem zalegającego na chodniku. Pokręcił sztywno głową i już miał coś dodać, gdy nagle w okolicy rozszedł się czyjś przytłumiony krzyk. Cameron rozejrzał się na prawo i lewo, zakładając, że dźwięk wydobywał się z któregoś z lokali, które mijali, jednak szybko zdał sobie sprawę, że był w błędzie. Słowa Charliego tylko to potwierdziły.
— Mhmm — mruknął potwierdzający, nie odzywając się zgodnie z poleceniem przyjaciela.
Trzymał się nieco z tyłu, jednak przesuwał się stopniowo do przodu, krok za krokiem, żeby przypadkiem nie narobić hałasu i nie ściągnąć na nich niepotrzebnej uwagi. Po chwili dostrzegł w zaułku zamaskowaną postać i aż zamarł, zaciskając nieświadomie ręce w pięści. Nawet do Hogwartu dotarły wieści o manifeście Czarnego Pana oraz działaniach jego zwolenników, które niosły się echem po szkolnych korytarzach, gdy tylko informacje o nich pojawiały się w najnowszym wydaniu Proroka Codziennego. Nagle, widząc jeden z tych ataków na własne oczy, zdał sobie sprawę, jak wielkie bezpieczeństwo zapewniał swoim wychowankom Hogwart na co dzień.
— U-uważaj n-n-na siebie — rzucił przyciszonym tonem. Nie sądził, że podczas niewinnego wypadu do baru, trafią w sam środek czegoś takiego. Rozejrzał się na boki, jakby oczekiwał, że z bocznych budynków ktoś się wychyli i poinformuje zbira, że aurorzy są już w drodze. Tak się jednak nie stało.
Gdy tylko Rookwood zaczął machać w powietrzu różdżką, Cameron rzucił się biegiem do blondynki. Na szczęście miał jeszcze na tyle pomyślunku, aby nie biec na linii strzału przyjaciela, co by nie oberwać zaklęciem. Mimo to strużka kolorowego światła, przemknęła obok niego, rozświetlając ulicę i sprawiając, że Lupin zobaczył mroczki przed oczami. Zignorował je jednak i dopadł do dziewczyny.
— D-d-dawaj rękę! — krzyknął do niej rozdygotanym tonem, zaciskając palce na jej przedramieniu, chcąc ją poderwać z ziemi na obie nogi.
Przede wszystkim musieli się wycofać do tyłu i tak też postąpił Cameron. Omiótł szybkim wzrokiem twarz ofiary ataku, a potem zerknął na Śmierciożercę. Flipendo zadziałało bezbłędnie, odrzucając przeciwnika w bok, ale czy to wystarczy? Zaklęcie odpychające było jednym z najbardziej podstawowych czarów, a w starciu z czarnoksiężnikiem tudzież wyznawcą takowego, mogło nie zdać się na zbyt wiele.
— T-t-trzeba spierdalać! T-teleportacja? — zawołał do Charlesa, gdy znaleźli się obok niego. Tylko on znał się na teleportacji łącznej, a w tej chwili chyba tego właśnie potrzebowali, o ile nie zamierzali stoczyć walki z tym radykałem. Gdzie mieliby uciec? Jak najdalej stąd, choćby i prosto do sypialni Rudej.
Poklepał się po kieszeni. Może nie miał najlepszego refleksu i pojedynkowicz z niego był żaden, ale powinien być w stanie wyczarować przynajmniej zaklęcie tarczy. Teraz nie chodziło jednak o uzyskanie statutu lokalnego bohatera, a wyniesienie się stąd, kurwa, jak najszybciej!