Następnie idziemy w kierunku Château des Dragons
Victoria też całej swojej rodziny nie znała, chociaż matka bardzi jej kiedyś tłukła i musiała recytować kto jest dzieckiem kogo tak u Lestrange jak i u Parkinsonów. Kojarzyła imiona, ale nie zawsze potrafiła dopasować je do twrzy, o utrzymywaniu kontaktu nie wspominając. Tym niemniej Lyssę znała, ale to akurat z innego powodu: ulubioną kuzynką Victorii była Annaleigh. Annaleigh Dolohov, obecna żona Vakela Dolohowa. Siłą rzeczy musiała wiedzieć, że ten ma córkę, a oto była ona; co prawda od nie tak dawna była w Anglii, ale Victoria raz na jakiś czas odwiedzała kuzynkę (i siłą rzeczy jej męża), a ostatnim razem przyszła już nawet konkretnie do Vasilija. Poza tym to Mulciberów nie za bardzo znała – no tyle co wiedziała, że matka Sauriela jest z rodziny Mulciber, kojarzyła też Roberta Mulcibera (głównie przez to, że obiło jej się o uszy głośne odejście Mulciberów z Ministerstwa, ale też dlatego, że to podobno ojciec Stanleya), czy kogoś jeszcze…? Cóż, teraz kojarzyła też Charlesa i Leonarda, chociaż nie wiedziała nawet jak mają na imię.
– A nie próbowałeś? Zrobię ci kiedyś – to jest whisky z lodem… chociaż po prawdzie to Sauriel pewnie sam by się u niej obsłużył, zadziwiająco szybko wyniuchał gdzie trzyma w mieszkaniu alkohole.
– No tak, Lyssa – dokładnie ją miała na myśli, chociaż po prawdzie to mignęło jej na ulotce również imię Sophie Mulciber, która zajmowała się tamtymi cytrynówkami. Jakże ogromne byłoby jej zdziwienie, gdyby się dowiedziała, że to córka Roberta. – Tak, TE świeczki. To od niego je kupiłam i stąd to całe zamieszanie – czy to przez te świeczki został oddelegowany do drugiego straganu? W ramach kary? Cóż… Świeczki były obrzydliwe i Victoria normalnie by ich nie kupiła, ale Robert wystarczająco ją wkurwił, że musiała to zrobić na złość. – Ja go całkiem lubię, Vasilija w sensie. Dużo czasu spędzałam z Annaleigh, to jego żona – dużo to może dużo powiedziane, ale na wszystkich rodzinnych spędach spędzały ze sobą czas, mając wiele wspólnych tematów. Vakel… cóż, może faktycznie był nadęty, ale Victoria nie mogła mu odmówić wiedzy. – Ale nie wiem to dokładnie jest matką Lyssy – żeby nie było wątpliwości. Trop był taki, że wspomniała, że jest kuzynką właścicielki stoiska.
Sauriel nie musiał jej dwa razy namawiać, Victoria zakręciła kołem kilka razy i każdorazowo dziwiła się na to, co wylosowała – ale było to sto razy lepsze od cholernego stroju brygadzistki z zbyt krótką spódniczką i kajdanek z puszkiem.
– Daj spokój, mogłabym je sobie sama zrobić – roześmiała się, bo czego miałby się Sauriel bać? Jakby chciała, to już dawno ręka mogła jej się omsknąć przy robieniu mu drinka, ale tak się nigdy nie stało. Dużo bardziej zainteresowało ją to pióro, kapelusz albo para lusterek. Zrobiła miejsce czarnowłosemu i też mu pokazała kciuki do góry, z ciekawością patrząc na to, co jemu się wylosowało. Jak ten worek, zajebiście przydatny, świeca albo… eliksir ochrony przed ogniem. Akurat była pewna, że ten to mu się zdecydowanie przyda.
– Fajne ci się trafiło – powiedziała, kiedy już niespiesznie odchodzili od koła fortuny. – Ktoś się musiał na to nieźle wykosztować. To nie są tanie rzeczy, a patrz, ile było ludzi – choćby to veritaserum… Ten eliksir sam w sobie był szalenie drogi.
Dopiero gdy odeszli zauważyła, że zupełnym przypadkiem zbliżają się do stoiska winnicy Château des Dragons.