Może jego zaklęcie zawiodło - jak zresztą można było się tego spodziewać, ale za to Geraldine się powiodło. Za to jemu całkiem nieźle szło posługiwanie się sztyletem. Jakby zamienili się... nie, nie zamienili się, bo panicz Rowle był słaby i w walkę bronią, i w rzucanie zaklęć. Czasami dało się go pomylić z mugolem mieszkającym pośród magicznego społeczeństwa. Tak czy inaczej, tryton został uwolniony i zaraz zbliżył się do kaletnika, który... podniósł sztylet nieco wyżej, gotowy go użyć. To że chciał go uwolnić nie oznaczało, że mu ufał. Uśmiechnął się jedynie delikatnie, pod maską tlenową, na ten instynktowny ruch. Wola życia.
Potwór niezgrabnie przekazał coś, co dało się zinterpretować jako wiedzę gdzie znajduje się Adria i jakiś plan. Najpewniej pozbycia się jej i tym samym - uwolnienia więźniów. Rowle spojrzał na swoich towarzyszy. Trójka nieprzygotowanych Czarodziejów z czego dwójka to nieuzbrojeni łowcy, a trzeci to rzemieślnik. I tryton. Też nieuzbrojony. Oni kontra Adria i jej, zapewne, straż. Szanse... nikłe, o ile nie dostaną się do Adrii zanim jakikolwiek rozkaz zostanie wydany. Ponownie uśmiechnął się pod maską, zdając sobie właśnie sprawę, że... zajebiście dobrze bawił się w tym Windermere. Za rok też przyjedzie. Aż absurdalnym wydawało się, że na co dzień zmagał się z nudą i marazmem. Aktualnie nie mógł narzekać na brak bodźców. Wydarzenia, emocje, zagrożenie. Właściwie wciąż nie wiedział czy przeżyje ten wypad, a właśnie wszystkie myśli w głowie kierowały go ku Adrii. Czemu? Oh, to banalne. Bo to ciekawe. I tyle.
Tryton ruszył przodem, czekając na resztę i Esmé gotowy był wyruszyć pierwszy, lecz nie musiał. Jak się okazywało - każdy podjął taką samą decyzję z zapewne zupełnie różnych powodów. W milczeniu i zgodzie ruszyli za potworem ku, możliwe, własnej śmierci. Kaletnik nie był jednak szalony, jak mu to zarzucano czasami. A może nie był aż tak szalony, by zupełnie oddać swe życie w ręce Losu. Nie, przecież on z nim zawsze walczył. Lubił ryzyko, bo miał z czym wygrać. Zatem postanowił się uzbroić.
Przepływali przez topornie wydrążone tunele posiadały ostre krawędzie ścian, a całe przejście było węższe niż zazwyczaj, skoro musieli się teraz przeciskać. To oznaczało, że materiał był dosyć twardy, a Rowle poczuł na własnej skórze, że może być również zaostrzony. Ironicznie - znów zawierzał się Losowi, by z nim walczyć. Ponownie w dłoni pojawiła się różdżka, a kaletnik zatrzymał się na chwilę, by spleść zaklęcie - znów transmutacja. Tym razem zadanie było trudniejsze, bo przedmiot musiał być większy i wykorzystywał jedynie ułamek dostępnego materiału. Ze ściany wydrążonego tunelu Esmé chciał stworzyć trójząb. Niby zwykłe zmienienie formy materiału, ale wciąż było to kształtowanie skomplikowanego kształtu, toteż pamiętał, że ma w tym mało wprawy. Zmiana formy materiału w jego zakładzie prawie zawsze wywoływana była rzemiosłem, a nie magią.
Jeżeli trójząb by zawiódł, to zawsze miał przy sobie sztylet. A jeżeli miał trójząb... to mógł oddać sztylet Geraldine. Wolał nie kazać jej testować jego stworzonego naprędce trójzębu, chociaż teoretycznie dawał on większe szanse w walce, a przede wszystkim - zasięg. Broń, ponad wszystko, była po prostu jego tworem. Jego magicznym tworem. Magia była niepewna, magii nie mógł zaufać. Co innego, gdyby stworzył ten oręż własnymi rękami.
Jak się szybko okazało - jego broń mogła i tak być niewystarczająca. Ciemne pomieszczenie, które Esmé wydawało się być przepełnione niepokojącą aurą nie było puste, tak jak im się wydawało. Na dnie coś się czaiło. Coś wielkiego. Czarodziej zacisnął dłoń na broni, czując jak jego ciało delikatnie sztywnieje, a oczy chcą spojrzeć w dół. W głąb. Nie pozwolił sobie, bez nawet chęci wypowiedzenia słowa przepłynął dalej, aż znaleźli się w znacznie przyjaźniejszym miejscu. Najpewniej pozornie, lecz teraz dzięki fluorescencyjnej roślinności mógł chociaż widzieć co go rozerwie. Jeżeli zdąży to zarejestrować oczywiście.
Tryton nagle się zatrzymał i patrzył w dół. Esmé podążył za jego spojrzenie swoim własnym i dostrzegł... kobietę? Jedynie na ułamek sekundy jego umysł został zmylony, bo zaraz dostrzegł, że była to trytonka. Nadzwyczaj ludzka, o obiektywnie pięknej twarzy, nawet jeżeli nie wpasowywała się w gusta. Zwyczajnie, estetycznie, przyjemna w odbiorze. Ich wodny towarzysz zaraz uświadomił każdego, że właśnie obserwują Adrię. Adrię w jej przytulnym mieszkanku, tak oderwanym od rzeczywistości w tym podwodnym świecie. Bardzo mało rzeczy miało logiczne wyjaśnienie w Windermere - przynajmniej na ten moment dla samego Esmé. Może inni rozumieli więcej, ale on? Niewiele ponad nic. I był z tego faktu zadowolony, bo wciąż - były to dla niego wakacje. Wypad na urlop. Nic więcej. Wszystko to? Tutaj? Atrakcje. Nic ponad. Jedynie emocje i uczucia były ważne.
Brat Gerry nagle zaczął splatać zaklęcie, czym ocucił Esmé z chwilowego zapatrzenia się w trytonkę. Nie dlatego, że mu się podobała, ale tylko dlatego, że wyglądała tak... fascynująco. Dziwnie, specyficznie, niezwykle. Ani jak tryton, ani jak człowiek. Jak... hybryda? Czy takie mogły istnieć? I ironicznie chcieć walczyć z ludźmi? Tak czy inaczej - walka Adrii z ludźmi była na swój sposób ironiczna, bo sama, w porównaniu do innych trytonów, wyglądała bardzo ludzko. Najbardziej ludzki tryton chce wojny z ludźmi. Nawet uśmiechnął się na tę myśl.
Geraldine nagle się odezwała. Nie spodziewał się ani nagłego zaklęcia, ani odzywania się. Skoro już zdradzali swoją pozycję i to, że tutaj są... to należało się przygotować. Nie wiedział co planuje reszta, on raczej spodziewał się, że ją zaatakują, ale plan był raczej inny. Ustawił się jedynie tak, by w razie czego móc cokolwiek zdziałać swoim trójzębem czy sztyletem, najlepiej w obronie własnej lub jego ludzkich towarzyszy.
Dla odmiany rzut na transmutację. Próba stworzenia trójzębu z kawałka ściany tunelu.
Akcja nieudana
Slaby sukces...