27.06.2024, 14:16 ✶
Zmiany w wyglądzie rzeczywiście nieco pomagały mu się kamuflować. Być może nie wypierał się nigdy tego, że nazwisko, które widnieje w jego papierach, to wciąż Longbottom, ale jeśli nie było potrzeby, wygodnie milczał na ten temat. W początkach swojej nielegalnej kariery faktycznie miewał z racji na pochodzenie trudności, ale po latach jednym jego tożsamość spowszedniała, inni w ogóle o niej nie wiedzieli. Clemens Longbottom rozmył się gdzieś na Nokturnie, został Tarp. Zupełnie jakby od zawsze stał w Rejwachu i serwował piwo.
— To jak nic musi płynąć we krwi Longbottomów — skwitował jej inklinacje do włażenia, gdzie nie powinna.
On też doskonale znał smak przekraczania granic tego, co dozwolone. Może nawet lepiej, co czyniło go doskonałym kandydatem do projektu działającego poza granicami tego, co oficjalne.
— Aresztować? A bo co? To teraz nielegalne kumać się z poczciwymi przedsiębiorcami z Nokturnu?
Odkładając jednak żarty na bok, od razu wyczuł, że sprawa zmierza w ciekawą stronę. Aresztować, ha! Już sama otoczka wokół spotkania — list z prośbą, odwiedziny po latach — zwiastowała interesujący biznes, a teraz jeszcze to.
— I się tą przygodą nigdy nie pochwaliłaś — żachnął się z wyrzutem. Nie żeby Brenna miała wiele czasu na opowiadanie mu historyjek z zakończenia szkoły. Gdy ona opuszczała mury Hogwartu, on zdążył akurat wylecieć z pracy, obrazić się na pół rodziny za to, że nie przyklasnęli jego występkom, i coraz więcej czasu spędzał na Nokturnie. — Nie uwierzę, że masz aż tak słabą głowę. W winę ducha? No, prędzej. Skurczybyki, niby toto nieszkodliwe, ale mam tu takiego, co po nocy jego skowytów się budzę w gorszym stanie niż na najpodlejszym kacu. — Zniesmaczony, wzniósł oczu ku niebu. Czy też raczej poddaszu, na którym mieściło się leże ducha. — Gdyby cię jednak naszła ochota, mam też bezalkoholowe drinki.
Myślami był już jednak przy jej momencie zawahania, przy podsuniętej mu gazecie. Mroczny znak migotał złowrogo na niebie. A więc to o to chodziło.
— To samo, co zawsze myślałem o ludziach tego pokroju. — Wraz z głębokim, zmęczonym westchnieniem uleciała z jego twarzy na chwilę maska zawadiackiego właściciela pubu. Poświęcił pół życia na walkę z podobnymi Śmierciożercom, lecz nigdy nie widział takiej mobilizacji jak w ich przypadku. — Jeśli nie rozpędzimy ich teraz i pozwolimy się temu rozplenić, skończymy z problemem na lata.
Mimo że swoją nową codzienność zbudował wśród łotrzyków i nędzników, wciąż pogardzał nikczemnością i okrucieństwem. Była pewna zuchwałość w tym, że Woody rościł sobie prawo do decydowania o tym, które zło można wybaczać, a które nie. Żył przeświadczeniem, że eksploracja umysłów przestępczych przy pomocy legilimencji dała mu odpowiednią perspektywę; umiejętność odróżnienia pokrzywdzonego przez los dzieciaka, który wyrósł na zbója, od bestii, która powinna zgnić w Azkabanie.
Był czymś na kształt podstarzałego, łysego Robin Hooda z problemem alkoholowym: puszczał strzały w tyłek władzy i śmiał się prosto w te świętoszkowate, pełne frazesów o moralności gęby starych dziadów, którzy wypędzili go z Ministerstwa. Gdy jednak stawka haczyła o coś więcej niż kilka palet skradzionych kociołków, gdy w grę wchodziło życie niewinnych, porzucał bez wahania swoją złośliwą vendettę i pisał się na współpracę z Departamentem.
— To jak nic musi płynąć we krwi Longbottomów — skwitował jej inklinacje do włażenia, gdzie nie powinna.
On też doskonale znał smak przekraczania granic tego, co dozwolone. Może nawet lepiej, co czyniło go doskonałym kandydatem do projektu działającego poza granicami tego, co oficjalne.
— Aresztować? A bo co? To teraz nielegalne kumać się z poczciwymi przedsiębiorcami z Nokturnu?
Odkładając jednak żarty na bok, od razu wyczuł, że sprawa zmierza w ciekawą stronę. Aresztować, ha! Już sama otoczka wokół spotkania — list z prośbą, odwiedziny po latach — zwiastowała interesujący biznes, a teraz jeszcze to.
— I się tą przygodą nigdy nie pochwaliłaś — żachnął się z wyrzutem. Nie żeby Brenna miała wiele czasu na opowiadanie mu historyjek z zakończenia szkoły. Gdy ona opuszczała mury Hogwartu, on zdążył akurat wylecieć z pracy, obrazić się na pół rodziny za to, że nie przyklasnęli jego występkom, i coraz więcej czasu spędzał na Nokturnie. — Nie uwierzę, że masz aż tak słabą głowę. W winę ducha? No, prędzej. Skurczybyki, niby toto nieszkodliwe, ale mam tu takiego, co po nocy jego skowytów się budzę w gorszym stanie niż na najpodlejszym kacu. — Zniesmaczony, wzniósł oczu ku niebu. Czy też raczej poddaszu, na którym mieściło się leże ducha. — Gdyby cię jednak naszła ochota, mam też bezalkoholowe drinki.
Myślami był już jednak przy jej momencie zawahania, przy podsuniętej mu gazecie. Mroczny znak migotał złowrogo na niebie. A więc to o to chodziło.
— To samo, co zawsze myślałem o ludziach tego pokroju. — Wraz z głębokim, zmęczonym westchnieniem uleciała z jego twarzy na chwilę maska zawadiackiego właściciela pubu. Poświęcił pół życia na walkę z podobnymi Śmierciożercom, lecz nigdy nie widział takiej mobilizacji jak w ich przypadku. — Jeśli nie rozpędzimy ich teraz i pozwolimy się temu rozplenić, skończymy z problemem na lata.
Mimo że swoją nową codzienność zbudował wśród łotrzyków i nędzników, wciąż pogardzał nikczemnością i okrucieństwem. Była pewna zuchwałość w tym, że Woody rościł sobie prawo do decydowania o tym, które zło można wybaczać, a które nie. Żył przeświadczeniem, że eksploracja umysłów przestępczych przy pomocy legilimencji dała mu odpowiednią perspektywę; umiejętność odróżnienia pokrzywdzonego przez los dzieciaka, który wyrósł na zbója, od bestii, która powinna zgnić w Azkabanie.
Był czymś na kształt podstarzałego, łysego Robin Hooda z problemem alkoholowym: puszczał strzały w tyłek władzy i śmiał się prosto w te świętoszkowate, pełne frazesów o moralności gęby starych dziadów, którzy wypędzili go z Ministerstwa. Gdy jednak stawka haczyła o coś więcej niż kilka palet skradzionych kociołków, gdy w grę wchodziło życie niewinnych, porzucał bez wahania swoją złośliwą vendettę i pisał się na współpracę z Departamentem.
piw0 to moje paliwo