28.06.2024, 16:11 ✶
Czasami, mam wrażenie, że twoja dusza jest bielsza niż skrzydło synogarlicy, a czasem - że jest czarniejsza niż bezgwiezdna noc [...]
Czym do chuja pana była syngorlica? Nie wiedziała. Jim był piękny i bełkotliwy. Mogliby pasować do siebie idealnie. Mogliby i zapewne na którejś z poplątanych dróg przeznaczenia majaczył ich ślad.
Ale nie roztrząsała trybunałów możliwości. W tym momencie pomyślała o pomarszczonym Donaldzie, o gęstych meandrach zmarszczek żłobiących pergamin jego żółtawej skóry. O jego potworności, wydzierającej z duszy czystki nie do wypełnienia. I o każdym innym mężczyźnie, młodym i starym, którego serce i ciało sama kiedyś pożarła, bo przecież pustki trzeba było wypełnić, mimo iż pustka przebijała ją na wylot. I wszystko co mogłoby być piękne i czyste, stawało się ulotne jak popielaty dym uciekający z jej papierosa.
Mogliby kochać się teraz niezachwianie nieustępliwie. Drżącą i kruchą sylwetkę wcisnąć ku ramionom mężczyzny. Bez słów przesadnych i całkowicie zbytecznych, wpatrując rozszerzonymi, głębokimi oczyma w te sobie naprzeciw, sięgając niemal samego ich dna, jak gdyby w jego sercu pragnąc odnaleźć prawdziwą, nieskrywaną troskę i usłużną wobec niej wrażliwość.
Nie jesteś złą osobą, Diano. Zasługujesz na miłość.
Gdy odgarniał zbłądzone kosmyki z jej twarzy, pomyślała tylko o jednym. O tym, że była sama. Od pierwszych, porwanych wdechów, tłoczących powietrze rześkiej, czerwcowej nocy, od pierwszych, bezradnych krzyków rozdzierających krtań. Nigdy nie czuła, nie pamiętała prawdziwej, pełnoprawnej bliskości rodzicielskiej, wczepiony nieskładnie w ziemię, wyrugowany z podstaw, o słabych i atroficznych wiązkach własnych korzeni utrzymujących przywiązanie.
Czuła się, nierzadko, jak oderwany fragment, jak krzywy kształt układanki, jak cząstka pozbawiona zdolności, by stworzyć dojrzałą całość. Niejasna, nieadekwatna, przecząca harmoniom treści tworzących się scenariuszy; spoglądała często na ludzi, na ułożone, staranne scenerie życia, na dzieci, pozostające w kokonie objęć rodziców, a przy świetle ich znacznej troski, spoglądała, wiedząc, że w przeciwieństwie do innych jest zdana tylko na siebie, zmuszona maskować prawdę plastycznym woskiem niezbędnych i powtarzanych matactw. Walczyła o prym przetrwania niczym bezpański kundel, gryząc i zatapiając sierpy własnych pazurów, broniąc wściekle... siebie samą.
– Jestem bardzo złą osobą, Jim – odparła jakby smutno i ociężale – swoich gwałtowności i zadanego cierpienia nie żałuję. Nie ma we mnie skruchy, rozumiesz?
Nie zanosiła się zadumą na myśl zadanych krzywd; nie zrywała się pod kołtunem nocy, zalana potem i wybudzona z koszmarów obciążonego sumienia. Potrafiła spać jak kamień, bo wszelkiego rodzaju używki, od których uzależnieniem borykała się latami, do tego między innymi zostały powołane.
Westchnęła, ciskając zużytym petem w eter.
– Dotknij mnie – jej usta powinny się układać się niemal w cichy, ledwie słyszalny acz będący tak silnie wymownym i dosłownym, mknącym po skórze i przeszywający swym drżeniem - zniewalający swym wydźwiękiem tlącego się wewnątrz pożądania, szept.
Ale usta ułożyły się w komendę groźną i rozpaczliwą, obdartą z czułości i posłuszeństwa, którego oczekiwał od niej mężczyzna.
– Zamilcz! Zamilcz wreszcie! cisnęła w niego zaciekle, mierząc plaskaczem w policzek klęczącego Jima.
– Chcesz prosić swojego boga o przebaczenie dla kobiety, która próbowała zabić swojego męża z zimną krwią?
I gdy nachyliła się ponownie z zamiarem kolejnego ciosu, ręka jej zadrżała w geście niepewnego zawahania.
Czym do chuja pana była syngorlica? Nie wiedziała. Jim był piękny i bełkotliwy. Mogliby pasować do siebie idealnie. Mogliby i zapewne na którejś z poplątanych dróg przeznaczenia majaczył ich ślad.
Ale nie roztrząsała trybunałów możliwości. W tym momencie pomyślała o pomarszczonym Donaldzie, o gęstych meandrach zmarszczek żłobiących pergamin jego żółtawej skóry. O jego potworności, wydzierającej z duszy czystki nie do wypełnienia. I o każdym innym mężczyźnie, młodym i starym, którego serce i ciało sama kiedyś pożarła, bo przecież pustki trzeba było wypełnić, mimo iż pustka przebijała ją na wylot. I wszystko co mogłoby być piękne i czyste, stawało się ulotne jak popielaty dym uciekający z jej papierosa.
Mogliby kochać się teraz niezachwianie nieustępliwie. Drżącą i kruchą sylwetkę wcisnąć ku ramionom mężczyzny. Bez słów przesadnych i całkowicie zbytecznych, wpatrując rozszerzonymi, głębokimi oczyma w te sobie naprzeciw, sięgając niemal samego ich dna, jak gdyby w jego sercu pragnąc odnaleźć prawdziwą, nieskrywaną troskę i usłużną wobec niej wrażliwość.
Nie jesteś złą osobą, Diano. Zasługujesz na miłość.
Gdy odgarniał zbłądzone kosmyki z jej twarzy, pomyślała tylko o jednym. O tym, że była sama. Od pierwszych, porwanych wdechów, tłoczących powietrze rześkiej, czerwcowej nocy, od pierwszych, bezradnych krzyków rozdzierających krtań. Nigdy nie czuła, nie pamiętała prawdziwej, pełnoprawnej bliskości rodzicielskiej, wczepiony nieskładnie w ziemię, wyrugowany z podstaw, o słabych i atroficznych wiązkach własnych korzeni utrzymujących przywiązanie.
Czuła się, nierzadko, jak oderwany fragment, jak krzywy kształt układanki, jak cząstka pozbawiona zdolności, by stworzyć dojrzałą całość. Niejasna, nieadekwatna, przecząca harmoniom treści tworzących się scenariuszy; spoglądała często na ludzi, na ułożone, staranne scenerie życia, na dzieci, pozostające w kokonie objęć rodziców, a przy świetle ich znacznej troski, spoglądała, wiedząc, że w przeciwieństwie do innych jest zdana tylko na siebie, zmuszona maskować prawdę plastycznym woskiem niezbędnych i powtarzanych matactw. Walczyła o prym przetrwania niczym bezpański kundel, gryząc i zatapiając sierpy własnych pazurów, broniąc wściekle... siebie samą.
– Jestem bardzo złą osobą, Jim – odparła jakby smutno i ociężale – swoich gwałtowności i zadanego cierpienia nie żałuję. Nie ma we mnie skruchy, rozumiesz?
Nie zanosiła się zadumą na myśl zadanych krzywd; nie zrywała się pod kołtunem nocy, zalana potem i wybudzona z koszmarów obciążonego sumienia. Potrafiła spać jak kamień, bo wszelkiego rodzaju używki, od których uzależnieniem borykała się latami, do tego między innymi zostały powołane.
Westchnęła, ciskając zużytym petem w eter.
– Dotknij mnie – jej usta powinny się układać się niemal w cichy, ledwie słyszalny acz będący tak silnie wymownym i dosłownym, mknącym po skórze i przeszywający swym drżeniem - zniewalający swym wydźwiękiem tlącego się wewnątrz pożądania, szept.
Ale usta ułożyły się w komendę groźną i rozpaczliwą, obdartą z czułości i posłuszeństwa, którego oczekiwał od niej mężczyzna.
– Zamilcz! Zamilcz wreszcie! cisnęła w niego zaciekle, mierząc plaskaczem w policzek klęczącego Jima.
– Chcesz prosić swojego boga o przebaczenie dla kobiety, która próbowała zabić swojego męża z zimną krwią?
I gdy nachyliła się ponownie z zamiarem kolejnego ciosu, ręka jej zadrżała w geście niepewnego zawahania.
Chwasty trzeba wyrywać.