Był już wstawiony. Intensywnie pijąc przy pogawędce z ojcem nie mógł powiedzieć, że poprawił mu się humor, ale drzemała w tym nostalgia, której nie dało się wyrzucić z głowy. Wbijała się głęboko i przeszukiwała odmęty umysłu. Jest tam. Ciągle obecna i eksplorowana, chociaż Sauriel przecież cały czas tej eksploracji unikał. Nie chciał myśleć o przeszłości, swoich błędach i swoich winach. O rachunku sumienia, który został zjedzony przez kota i wyrzygany, bo jak mogłoby być inaczej. Kot przez moment myślał, że jest psem. Jeszcze nie tak dawno temu słodkie "Crucio" wybrzmiałoby z gardła Erica zamiast odpyskowania, a dzisiaj gotowi byli przy drinkach zastanawiać się, kto bardziej uprzykrzył Annie życie. Wspaniały temat do rozmów. Zabrakło tutaj tylko planowania Ericowego pogrzebu. Sauriel byłby nawet do tego zdolny (i byłby skłonny), bo przecież co był winien temu człowiekowi? Cały ten ból, całe to okrucieństwo, wszystkie te okropieństwa, które wydarzyły się między nimi... on chciał mu to zwrócić. Z nawiązką. Nie chciał go zostawiać radosnego i cieszącego się życiem, kurwa, przecież nawet powinien skakać z radości, że stary źle się czuje! Niedługo umrze, będzie spokój! Z nim i Chesterem też - przecież to brzmiało jak przepis na doskonałe życie! Prawie jakby mógł sam teraz wskoczyć do domu Rookwoodów i zapytać się, czy nie szukają następnego dziedzica. Z pełną ironią, bo przecież byłby doprawdy dziedzicem doskonałym, bo wiecznym. Powinien się cieszyć i skakać, tymczasem miął w gębie jakąś truciznę, którą się sam podtruwał. Co za paskudny arszenik mu ktoś pod mordę podetknął - sam nie wiedział.
Za to wiedział, że przyszedł tort, więc wziął w końcu starego (prawie że) pod ramię, żeby go odprowadzić do jego miejsca. Tak kurtuazyjnie. Sam zaś poszedł do swojego - czyli tam, gdzie siedziała Victoria, z którą pojawił się na tym weselu. Bywało lepiej - zazwyczaj osoby, które się rozeszły i zerwały zaręczyny nie chciały mieć wiele ze sobą do czynienia, ale w tym wypadku było wręcz na odwrót. Sauriel nie byłby nawet w połowie tak zadowolony z tej znajomości, jak był teraz, gdyby ten piekielny pierścionek ciągle był kagańcem, obrożą i smyczą. Victorii może ta smycz aż tak nie przeszkadzała, ale jego paliła do kości. Wszystko teraz zniknęło. Wszystkie te narzucone im perspektywy. Wolność musiała pachnieć właśnie tak - perfumami Victorii, bo to je poczuł, kiedy odsunął sobie krzesło. Szurając przy tym nieelegancko jego nogami po podłodze.
- Czeeść, mogę cię zjeść? - Uśmiechnął się flirciarsko, zwalając się na krzesło, ale zamiast patrzeć na talerz i zainteresować się przepięknym (naprawdę fenomenalnym!) tortem to usiadł w zasadzie trochę bokiem - częściowo skierowany do Victorii. - Ale się nabalowałaś. Spociłaś się trochę. - Jak to przy tańcach, pewnych rzeczy nie dało się uniknąć. Ale wcale nie śmierdziała i wcale tego nie widział - rzucił to tylko po to, żeby się z nią podrażnić. Obrócił się do stołu i zaatakował kawałek tortu widelcem.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.