Victoria również bywała za granicą. Może nie tak licznie jak Brenna, ale była choćby kilka razy z rodziną we Francji, miesiąc temu z Laurentem we Włoszech na Sycylii, rok wcześniej również wybrała się z Laurentem tam, gdzie jest morze. Może i nie była wielką podróżniczką, ale miewała kontakt z innymi kulturami i obyczajami, a jednak… na Afrykę chyba nie do końca była gotowa. Oczywiście, że się przygotowała, nakupowała odpowiednich ubrań, poczytała to i owo, żeby nie popełnić jakichś karygodnych błędów, podpytała Anthony’ego i tak dalej, a jednak… Wyjście na ulicę w Kairze, wieczorem, gdy słońce tak mocno nie prażyło i tubylcy tym chętniej również wypełzli, to było…
Och, to był inny świat.
Gwarny, głośny, powietrze też pachniało tutaj zupełnie inaczej, niż w Anglii. Budowle były inne, uliczki inne, ludzie byli inni… Alfabet, język krzykliwy, sposób informowania o czymkolwiek… Instynktownie sama trzymała się bliżej Brenny, i ją mocno trzymając za dłoń, by tłum ich nie rozdzielił. W razie czego miała w plecaczku mapę, miała eliksiry, miała picie, obowiązkowe zapasowe jedzenie czy ubranie, tak w razie czego. Sama miała na sobie luźne ubranie, jasne, tak jak to od Brenny, i pomimo tego, że były tak przygotowane, to sama nie czuła się tutaj zbyt pewnie. Jakież szczęście, że egipscy czarodzieje mówili po angielsku, bo inaczej byłoby z nimi krucho…
Było duszno, ale w zupełnie inny sposób niż w Anglii w najcieplejsze dni, kiedy gorące powietrze wręcz lepiło się do człowieka. Gdyby nie to, że Victorii i tak ciągle było zimno, być może potrafiłaby powiedzieć, że odczucie temperatury w Kairze jest zupełnie inne. Że to, co tu jawi się jako 35 stopni, porównywalne jest w Anglii do 25, że łatwiej tutaj znieść ten skwar i dlatego jest tym bardziej zdradliwy, bo tym prościej o poparzenie czy udar słoneczny. Lestrange była prawdziwie wdzięczna, że Anthony załatwił im jakiegoś człowieka, bo bez niego naprawdę... Chyba nigdy nie znalazłyby tego domu i nie trafiłyby na umówione spotkanie. Tak przecież ważne dla samej Victorii, ale nie mniej ważne dla Brenny, która wręcz otoczona była bliskością Zimnych i wszyscy z nich byli dla niej przecież tak ważni. Victoria była już badana przez nekromantkę, ale usta miała zasznurowane, bo dała słowo, jednak słowa Cynthii to były w większości tylko przypuszczenia, bo też nie miała ku temu absolutnie żadnej pewności, i póki co nie zmieniały nic w wiedzy, jaką posiadali. Wręcz niektórych rzeczy Cyna dowiedziała się od Victorii, a nie na odwrót.
– Strasznie… hmm – Victoria ewidentnie szukała odpowiedniego słowa na opisanie Kairu, gdy stanęły przed odpowiednim budynkiem i przyglądała się fasadzie i okolicy. – Gwarno – zdecydowała się w końcu na to słowo, chociaż wahała się jeszcze pomiędzy głośno, tłoczno, przytłaczająco i zajmująco. Sama przejechała dłonią po swoim boku, gdzie w luźnych spodniach miała w kieszeń wsuniętą różdżkę, po czym westchnęła i pokazała gestem na Brennę, że chyba… chyba idą, co? Ich przewodnik powiedział, że poczeka sobie przed wejściem i nawet znalazł jakiś zydelek, żeby sobie usiąść, a Victoria w końcu pchnęła drzwi i pierwsza weszła do środka.