29.06.2024, 22:34 ✶
Stoisko ze świeczkami -> na sam koniec Mucliber Moonshine.
Przez cały ten czas wpatrywała się w Roberta tym swoim wdzięcznym, choć pustym spojrzeniem. Obserwowała. Analizowała. Może w głowie większości innych czarownic zapaliłaby się jakaś czerwona lampka - ale powiedzmy sobie szczerze, instynkt samozachowawczy pani Mulciber był wadliwym mechanizmem. Rzeczywiście, nie poruszyła się, gdy przytrzymał ją jeszcze przez moment w miejscu, zupełnie jakby pragnęła cieszyć się choć najmniejszą formą kontaktu ofiarowanego przez męża.
Auć.
Powieka jej lekko drgnęła, gdy ostatecznie zapiął broszkę, a na sukience pojawiła się mała, szkarłatna plama. Nie poprawiła też uciążliwej ozdoby.
- Hm.- Było jedyną odpowiedzią jakiej z kolei doczekał się od niej Philip Nott. Przynajmniej z początku, bo kobieta zdawała się go słuchać całkiem uważnie. To nie była “dobra rada”. To była rada w stylu “jak nie dać się udupić za obrazę wysokiej rangą pracownika Ministerstwa nawet jeśli miało się absolutną rację.”
Świat nie był sprawiedliwy. Na Merlina, przecież żaden z nich nie urodził się wczoraj!
Nagle jednak zrozumiała potrzebę nazwania kogoś skończonym durniem, bo fakt że Robert tak chętnie zaoferował się w roli świadka mógł świadczyć tylko o jakiejś nagłej pomroczności umysłu. Wplątać się dobrowolnie w czyjś długi i uciążliwy proces (o ile do takowego w ogóle by doszło), gdzie oskarża się Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów o zaniedbanie, stając przed sądem tego samego Departamentu… Czy on naprawdę naiwnie wierzył w wielką, mityczną prawość i sprawiedliwość? A może chcieli, żeby zatriumfowała równość między czarodziejami?
W dodatku wciągnął w to niezależnego sędziego, a to było jeszcze głupszym zagraniem. Usłyszenie czegokolwiek poza salą Wizengamotu, zwłaszcza na podłożu tak prywatnym i bez obecności oskarżonego, było jednym z największych błędów jaki mogli popełnić - ale Lorien nie powiedziała “nie”.
Oczywiście, że tego nie zrobiła.
Porządnej żonie nie wypadało tak ostentacyjnie odmawiać mężowi. Poza tym… Konflikt, który pozornie kompletnie ich nie dotyczył, zaczął nagle przybierać o wiele bardziej personalne barwy. Robert (świadomie czy nie) działał na niekorzyść Ministerstwa i jeszcze bezczelnie próbował ją w to wciągnąć - to zabolało może nawet mocniej niż powinno.
Dla Lorien tu już nie chodziło o to kto komu przywalił świeczką, czyje uczucia i duma zostały urażone. Mogła z miejsca wezwać ich wszystkich do Departamentu, zarządzić pomniejsze posiedzenie Wizengamotu w sprawie “Nott vs Bulstrode”, a mogła z przyjemnością wysłuchać tej historii i rozciągnąć sprawę miesiącami. Szanowany Auror atakujący bezpodstawnie zwykłego obywatela? To nie miało większego sensu. Nie trzymało się kupy. Skąd mogli mieć pewność, że nie stało za tym żadne czarnoksięskie zaklęcie? Skąd pewność, że Arteus nie padł ofiarą klątwy? Może powinni wysłuchać historii absolutnie wszystkich randomowych ludzi, którzy ściągnęli do stoiska zwabieni tanią sensacją? Może oni widzieli coś innego?
Wszystkie te myśli zostały jednak szybko zduszone, a twarz kobiety złagodniała. Zły znak.
- Panie Nott. Ma Pan pełne prawo zostać wysłuchanym, jeśli doświadczył Pan krzywdy lub niesprawiedliwości. Niech Pan wybaczy, jeśli moje słowa w jakikolwiek sposób sprawiły, że poczuł Pan, że inaczej. - Powiedziała, zachowując pełnię powagi. Nawet jeśli jej wewnętrzna Crouch’ówna piszczała “jakbyś to ty mu przywalił, to byś się tak nie rzucał do zgłaszania sprawy, co?!”, to Lorien zachowywała pełen profesjonalizm. Wzięła głębszy oddech, szykując się do jednej z tych nudnych, niewnoszących nic sędziowskich tyrad. - Żyjemy w państwie prawa. I prawo to powinno być przestrzegane, a Pański głos, oraz głos każdego kto zechce się ujawnić jako świadek, wysłuchany. - Sekunda milczenia, żeby te wszystkie głębokie słowa zapadły w serduszku Philipa.- Jeśli jednak zależy wam na mojej obecności jako przedstawiciela Wizengamotu i Departamentu… - nie będzie to tanie - rozmowy muszą odbyć się w Ministerstwie. Takie mamy zasady. - A przecież to o przestrzeganie zasad się rozchodziło, prawda? Dopiero teraz odpięła uwierającą ją broszkę. Wrzuciła ją niefrasobliwie do kieszeni sukienki.
- Dajcie mi znać, co postanowicie.- Skinęła lekko głową w geście chłodnego pożegnania. Robertowi zresztą posłała podobny gest - obdarty z tej kompletnie fałszywej czułości jaką prezentowała wcześniej. I nie czekając dłużej ruszyła w stronę stoiska Mulciber Moonshine, mijając po drodze jeszcze Richarda. I jakąś puszkę na datki porzuconą przy stole. O ile na szwagra nie zwróciła większej uwagi, to puszkę jeszcze podniosła i odstawiła w widoczne miejsce. Niech zbierają sobie na te mugolskie sierotki czy co tam wspierali.