Bywały pomysły lepsze i bywały pomysły gorsze. Stworzenie trójzębu w wąskim korytarzu należało do tych gorszych, a sytuacyjnie mógłby awansować do przeciętnego - gdyby Rowle miał tego korytarza bronić i nie pozwolić komuś się przecisnąć. Ale przeciskać musiał się sam Esmé, co zdecydowanie nie było najprostsze. Cóż, będzie mądrzejszy na przyszłość. Miejmy nadzieję.
Wpatrzony w Adrię tryton miał prawo się bać, bo w końcu to przez nią znalazł się w więzieniu. To ona też planowała przewrót, a zważywszy na sytuację - najpewniej już go dokonała, bo inaczej nie kuchciłaby sobie tak spokojnie we własnym, przytulnym mieszkanku. Kaletnik, mimo wszystko, nie potrafił dzielić tego strachu, bo zwyczajnie trytonki nie znał, a z jedną już przecież sobie poradził, co dodawało mu fałszywej pewności siebie. Fałszywej, bo wciąż wiedział, że śmierć mogła czyhać na niego zaraz za rogiem.
A może nawet za wapienną ścianą.
Adria w końcu została czymś zaalarmowana, lecz wyglądało to tak, jakby nie ich czwórka zwróciła jej uwagę, a coś lub ktoś innego. Rzemieślnik przyglądał się sytuacji ze zwyczajnym zaciekawieniem, aż w końcu w siedlisko trytonów zaczęły uderzać jakieś fale. Tylko... co to za fale? Ktoś ich atakował? Wyglądało na to, że tak albo... był to swego rodzaju system alarmu? Albo wykrywania? Znów masa pytań, na które Rowle próbował znaleźć odpowiedź korzystając, jak zwykle, ze swojej wyobraźni i logiki. W głównej mierze wyobraźni.
Trytonka o nadzwyczaj ludzkiej twarzy zaczęła kogoś szukać, skanować swym wzrokiem pomieszczenie, w którym się znajdowała, ale przecież ciężko było ich dostrzec z wewnątrz... a może to fale jej w tym pomogły? Esmé otworzył oczy szerzej, unosząc wysoko brwi, gdy trytonia ręka została wystawiona w jego kierunku. Nie zdążył jednak nawet pomyśleć o tym, co może się wydarzyć lub co oznacza ten gest. Nie musiał - poczuł to wszystko na własnej skórze, gdy nagle jego ciało zostało przyciągnięte niczym wielkim magnesem. Przebił wapienną ścianę, co nie należało do najprzyjemniejszych przeżyć i jeszcze nie wiedział na ile to adrenalina, a na ile rzeczywiście nic mu bardzo nie jest. Nic, co by bezpośrednio utrudniało mu życie w tym momencie. Zdecydowanie ułatwionego życia nie miał, bo jego arcydzieło w postaci trójzębu pękło niczym zabaweczka. Rozczarowujące. Rozczarowujące, że w ogóle pokładał jakiekolwiek zaufanie w ten twór. Gdy otworzył oczy ponownie, to już miał ją przed sobą. Blisko, za blisko, bo w ramionach Adrii. Jakże... romantycznie.
- Z bliska jeszcze pięk-... - nie byłby sobą, gdyby chociaż nie spróbował odezwać się i zdziałać cokolwiek swoimi słowami. Może ugrać chwilę czasu, może sprowokować Adrię do rozmowy. Nie miał czasu dokończyć, bo zaraz z jego głowy została zerwana maska tlenowa. - ...-niejsza. - dokończył, chociaż tlen teraz był już nadzwyczaj cennym zasobem. Uśmiechnął się nawet lekko do niej, bo wreszcie jego usta nie były zasłonięte. Ciepłe uczucie dziwnego stresu rozpłynęło się po jego ciele. Byli za głęboko, aby zdążył się wynurzyć, a wyczarowanie bańki takiej, jak wyczarowała Geraldine mogło znajdować się poza jego zasięgiem. Teraz szczególnie - jako że znajdował się w ramionach trytonki, która mogła go w każdej chwili zamordować.Świadomość nadciągającej śmierci potrafiła wywoływać u ludzi różne reakcje - jednych paraliżowało, drudzy w szale rzucali jak się jak ranne zwierzę zagonione w róg, a jeszcze inni nie potrafili w to uwierzyć. Esmé należał do tej ostatniej grupy - nie potrafił uwierzyć, że pewnie przyjdzie mu umrzeć tutaj, pod wodą, mieszając się w sprawy trytonów podczas jego wspólnego wypadu nad Windermere z Geraldine. Jakże... nietypowa śmierć dla człowieka jego rodzaju. Wydawało mu się to, na swój sposób, absurdalne. Tak bardzo, że aż go bawiło. A może to ta świadomość wymieszana ze stresem i strachem sprawiała, że chciało mu się śmiać. I naprawdę musiał się powstrzymywać, by zwyczajnie nie wybuchnąć śmiechem, pozbawiając się tym samym resztek zachowanego oddechu. Oddechu, który wciąż był wstrzymany.
Najpierw musiał się uwolnić. Maska może była zerwana, ale nie zniszczona, więc wciąż mógł ją odzyskać, lecz wszystko po kolei. To, że gotów był tutaj umrzeć nie oznaczało, że zamierzał się poddać. Ponownie zostanie to powtórzone - walka z Losem była jego sensem życia.
Co zamierzał? Odepchnąć się. Zaprzeć się nogami nawet na ciele trytonki, by odepchnąć się od niej z całych sił, rękoma pomagając sobie z rozluźnieniem jej uścisku. Tylko tyle mógł zrobić z tej pozycji i tylko w ten sposób pewnie potrafił wygenerować wystarczająco siły w swoim wątłym ciele, by rozluźnić jej chwyt.
Kolejny raz Esmé odgania się od trytonki (ma chłopina branie). Rzut na AF by wyrwać się z jej objęć.
Sukces!
Akcja nieudana