Obco było bodaj chyba najlepszym określeniem, ale na pewno nie jedynym niezbędnym do tego, żeby opisać to całe wrażenie, jakie Victoria miała na temat Kairu. Tym niemniej jakby trzeba było wybrać tylko jedno, to chyba byłoby najodpowiedniejsze. Uśmiechnęła się więc tylko do Brenny i pokiwała głową.
– Tak, dobrze – to było bardzo mądre ze strony Brenny: nakreślić problem, ale nie opdawać rozwiązań, jakie już dostali, by pozwolić czarownicy wyciągnąć własne wnioski na podstawie wiedzy, jaką posiadali w Afryce. Beltane i Samhain… Tak, dla niej to pewnie tylko puste słowa, lecz być może mieli tutaj w tym samym czasie święta o innych nazwach – to tłumaczyłoby wtedy bardzo wiele…
To, że była Zimna, było chyba pierwszy raz pewnym plusem, bo skwar tak jej nie doskwierał, nawet tutaj, w ogniu egipskiego słońca było jej zimno, a gdy zeszła tych kilka schodków w budynku, do którego weszły, nie poczuła żadnej ulgi, bo było jej zwyczajnie wszystko jedno. Odsłoniła kotarę i przeszła dalej, dokładnie naprzeciw służącemu, z którym przywitała się, mówiąc po angielsku „dobry wieczór”, a ten poprowadził je dalej, do właściwego pomieszczenia, w którym urzędowała kobieta, z którą miały umówione tak pilne dla nich spotkanie. Victoria rozglądała się z ciekawością, bo wystrój w środku był zupełnie inny od tego, co znała z domów czarodziejów w Anglii.
Na widok całkowicie łysej czarownicy, o ciemnej skórze, obwieszonej biżuterią, zatrzymała się jednak. Dźwięk obijających się o siebie ozdób był chyba jedynym, co teraz rozbrzmiewało wewnątrz lokalu. Victoria nie wiedziała, czy Brenna w wiadomości ją opisała, czy może dołączyła jakieś zdjęcie, albo czy do wiadomości Egipcjan doszły jakieś słuchy o tym co działo się w Anglii, że ta od razu wiedziała kto jest jej obiektem zainteresowań, czy może po prostu wyczuła to instynktownie, albo za pomocą magii. Może była jasnowidzką i widziała ją w jakiejś swojej wizji? Na pewno jednak nie czuła, by ktokolwiek próbował się dostać do jej głowy teraz. Wyciągnęła w odpowiedzi swoją dłoń do kobiety, a uścisk miała może i delikatny, jak to damulka, ale jednocześnie pewny. I zdecydowanie zimny, jak dotyk trupa.
– Dobry wieczór. Bardzo dziękujemy, że chciała się pani z nami spotkać – powiedziała w odpowiedzi do kobiety i uśmiechnęła się lekko.
Jeśli kobieta zechciała, Victoria mogła jej opowiedzieć, co dokładnie się wydarzyło, jak trafiła do Limbo i co miało miejsce tam. Nie zamierzała nawet zatajać tego, że spotkała tam duszę swojej babci, której cząstkę ewidentnie pochłonęła, jako, że były momenty, kiedy w jej głowie rozgrywały się rzeczy, jakich sama nie przeżyła, choć te tak sprytnie połączyły się z jej jaźnią, że z początku nawet nie zauważyła, że nie mogą należeć do niej samej. Że pewność zyskała dopiero, gdy takie wspomnienie zostało wywołane przez jakiegoś dziwnego ducha, a razem z nią oglądał je również jej narzeczony, który był w stanie bezbłędnie stwierdzić, że to nie mogło być wspomnienie Victorii. Jeśli kobieta była ciekawa i sama nie była spirytystką, to mogła jej opowiedzieć też o spotkaniu z nim i kontakcie z duszą, której wspomnienia miała w głowie, lecz jeśli ta potrafiła zrobić to sama i o to nie zapytała – to Victoria nie powiedziała nic.
Pozwoliła się zbadać, dotknąć, trzymać jakieś dziwne kamienie. Pozwoliła na to, by kobieta użyła swojej magii, pozwoliła nawet na to, by ta spróbowała wymienić się z nią częścią energii – już raz to robiła, z Cynthią, która uszczknęła jej odrobinę, dając swoją w zamian, tak samo jak z energią Sauriela, ale pozwoliła kobiecie wyciągnąć własne wnioski. I robić inne rzeczy, które były dla niej niezbędne, jak ukłucie jej w palec, pobranie odrobiny krwi, wrzucenie jej do jakiegoś pojemniczka z ziołami i cholera wie jeszcze czym i tak dalej… Lestrange nie miała nawet pojęcia, ile czasu mogło minąć, nie ponaglała jej w żaden sposób, pozwalając wyciągnąć wszystkie wnioski w jej własnym tempie, nawet jeśli te metody wydawały jej się dziwaczne – ale było też w tym coś fascynującego, biorąc pod uwagę, że Victoria bardzo chciała, by w Anglii zniesiono ten głupi zakaz na nekromancję, przez który ewidentnie byli nawet nie krok za Voldemrotem, ale co najmniej dwadzieścia kroków w tyle.
Ciemnooka była bardzo wdzięczna Brennie, że była tutaj z nią, bo czuła się z tym wszystkim nieco pewniej, czując, że w razie czego, nie zostanie ze wszystkim sama.