Victoria, na ile się orientowała, z Mulciberami nie była spokrewniona, może jakaś piąta woda po kisielu, ale nie. Na pewno nie z nikim, kto dzisiaj sprzedawał świeczki na jarmarku, mówiła Saurielowi wyraźnie, ze zna Lyssę, bo jest córką Vasilija Dolohova, z którym jest spowinowacona i na tym kończyły się jej koligacje rodzinne. Wspominała też chyba o tym, że ktoś tam dostał jakiegoś ataku? Ale wtedy się ulotniła, a uzdrowiciele zajęli się sprawą, bo byli na miejscu, tylko by przeszkadzała, zabierając potrzebny tlen.
– Dziwię się, że dopiero teraz – prawdę mówiąc, to Victoria sądziła, że nie wynosił się z trzech powodów: że chodziło o kasę, Eryk mu zabronił albo Joseph mu zabronił. Albo nie chciał doprowadzić matki do jakiegoś zawału, nie wiedziała. Był to też powód, dla którego po ślubie chciała go wyrwać z domu, żeby nikt już nie piszczał nawet, że jak to tak. Bo nie zamierzała go zostawiać w tym domu, który tak źle na niego wpływał. A tu… jednak okazywało się, że to takie proste. Po prostu stwierdzić, że eee jednak się wyprowadza. Znaczy Victoria bardzo się cieszyła, że Sauriel dorósł do takiej decyzji, że sam poczuł potrzebę, żeby wynieść się z domu – być może zainspirowany jej własną decyzją? – Może potrzebowałeś tego spokoju, żeby zrozumieć, że tak może być zawsze i że nie zaznasz go w tamtym domu? – zasugerowała. Ona z kolei potrzebowała jednej kłótni za dużo, by w końcu nabrać na to odwagi. W sumie to do teraz mu nie powiedziała jak to się stało i co zrobiła Isabella, gdy zerwał zaręczyny.
– Nie dałabym ci tego – chociaż Sauriela by nie udusiły, bo nie oddychał. Ale nie, żadnych diabelskich sideł. – Biegające rośliny? Są takie, które się ruszają… Mandragora na ten przykład, bijąca wierzba, diabelskie sidła właśnie, ale żeby biegać to hmmm – zamyśliła się. – Może gdyby je potraktować jakimś silnym zaklęciem transmutacyjnym – to było czysto teoretyczne zagadnienie, po prostu jak zwykle, wystarczyło jedno zdanie, by jej myśli same pofrunęły w odpowiednim kierunku. – Nie mówiłam, że na stałe. Po prostu mnie i tak często nie ma w domu – to była tylko opcja, nic więcej, żadna łaska czy jej brak. Kamienica była duża, a towarzystwo Sauriela jej nie przeszkadzało, no i tyle. Ale nie zamierzała go namawiać, nie to nie, już i tak miała wrażenie, że jest zbyt nachalna.
– Twój nowy idol poszedł przecież pomagać przy tym stoisku z cytrynówką? – chyba już nie nadążała kto był jego idolem, ale sądziła, że to chodzi o te świeczki właśnie. To mówiła mu przecież bardzo wyraźnie, że robił je tamten chłopak, który pojawił się przy cytrynówkach. – I nie, nie zostaję. Chyba za dużo jak dla mnie, plus myślę, że Kwiatuszek chciałby już trochę spokoju, a i tak czekają go jeszcze dzisiaj wrażenia – wrażenia z tego, że dostał nowy dom i to duży, i że jest w nim już jeden kot, co prawda malutki, ale jednak.