01.07.2024, 12:18 ✶
Próbuję podlać trawę, zostawiam na razie aurorów z Morpheusem, próbuję złapać kontakt wzrokowy z Norą, idę do Isaaca, ostatecznie przy nim zostaję
To nie był najlepszy czas w życiu Anthony'ego, ale starcie ze straszliwą roślinną bestią wbrew wszelkim oczekiwaniom własnym i cudzym poprawiło mu humor. Czuł satysfakcję z tego, jak rozłożyły się napięcia, jak sprawnie została przeprowadzona ewakuacja dorosłych (ze spektakularnym confetti z namiotu), że każde jedno dziecko wyszło o własnych siłach, w końcu, że udało mu się osłonić przyjaciela przed atakiem, a ten skutecznie uwolnił swój wewnętrzny płomień i ostatecznie wyrwał chwasta. Anthony cieszył się, że Abottom i Złotej Jabłoni nic się nie stało, podobnie jak kobietom, które zdecydowały się wzmacniać ich tarcze i doglądać ogrodu. W końcu i Philip prezentował się w nienajgorszym stanie, zaangażowany w pomoc rannym.
Jedyne z czego Anthony się nie cieszył i co dotkliwie odczuł ukłuciem w piersi, to fakt, że zawiadomiono aurorów, a nie detektywów z Brygady Uderzeniowej. Cały nastrój momentalnie sflaczał, gdy zdał sobie z tego sprawę szukając pośród funkcjonariuszy znajomej twarzy. Jednej. Bardzo. Konkretnej. Twarzy.
Krzywy uśmiech zakwitł na jego obliczu, gdy sztywno skinął głową na powitanie ich. Palcem wcisnął na noc okulary mocniej, by ukryć gryzące bardziej niż toksyczne opary rozczarowanie. Spróbował znaleźć w odchodzącym tłumie pannę Figg by chociaż skinąć jej głową w podzięce za współprace na polu bitwy.
Lekkim machnięciem różdżki w miejscu w którym się wcześniej dymiło i gdzie roztoczył rozpraszającą magię koc gaśniczy chciał magicznie ukształtować drobinki wody dające wytchnienie wysuszonemu trawnikowi. W końcu znienawidzona przez niego woda, była jego domeną tak jak ogień trawił dłonie Morpheusa. Niech chociaż trwa zazna świeżości i odpocznienia, skoro jemu pozostała do przełknięcia sucha gorycz obezwładniającej tęsknoty.
Jedyne z czego Anthony się nie cieszył i co dotkliwie odczuł ukłuciem w piersi, to fakt, że zawiadomiono aurorów, a nie detektywów z Brygady Uderzeniowej. Cały nastrój momentalnie sflaczał, gdy zdał sobie z tego sprawę szukając pośród funkcjonariuszy znajomej twarzy. Jednej. Bardzo. Konkretnej. Twarzy.
Krzywy uśmiech zakwitł na jego obliczu, gdy sztywno skinął głową na powitanie ich. Palcem wcisnął na noc okulary mocniej, by ukryć gryzące bardziej niż toksyczne opary rozczarowanie. Spróbował znaleźć w odchodzącym tłumie pannę Figg by chociaż skinąć jej głową w podzięce za współprace na polu bitwy.
Lekkim machnięciem różdżki w miejscu w którym się wcześniej dymiło i gdzie roztoczył rozpraszającą magię koc gaśniczy chciał magicznie ukształtować drobinki wody dające wytchnienie wysuszonemu trawnikowi. W końcu znienawidzona przez niego woda, była jego domeną tak jak ogień trawił dłonie Morpheusa. Niech chociaż trwa zazna świeżości i odpocznienia, skoro jemu pozostała do przełknięcia sucha gorycz obezwładniającej tęsknoty.
Kształtowanie II na mżawkę dla spragnionej ziemi.
Rzut N 1d100 - 15
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 78
Sukces!
Sukces!
Bez względu na efekt, pozostawił grupkę którą poproszono o wyjaśnieni i przeszedł na drugą stronę polany prosto do Isaaca, który minę miał nietęgą, a nie posiadał okularów za którymi mógłby się skutecznie ukryć.
– Oto i on... Utalentowany pan Bagshot. To była dobra ewakuacja. – jego głos rozbrzmiał szczerym komplementem, dłoń Anthony'ego trafiła na bark umęczonego przeszłością mężczyzny. – To był długi dzień, takie przyjęcia bywają męczące... Masz ochotę na wino w bardziej cywilizowanych warunkach Alei Horyzontalnej? Mam również sprowadzoną z Ameryki whisky, jeśli potrzebowałbyś czegoś mocniejszego. – Znał ciągoty Bagshota do szaleństw, ale wiedział też że w takie barwne tańce były też ucieczką. Czytał jego książki, zwłaszcza tę drugą, nie chciał za bardzo wnikać w emocje swojego stażysty, ale wolał - też przez pryzmat własnej reputacji - by pił w kontrolowanych warunkach. A czy była bardziej kontrolowana przestrzeń od jego apartamentu nad księgozbiorem Parkinsonów? Szczerze w to wątpił.
– Oto i on... Utalentowany pan Bagshot. To była dobra ewakuacja. – jego głos rozbrzmiał szczerym komplementem, dłoń Anthony'ego trafiła na bark umęczonego przeszłością mężczyzny. – To był długi dzień, takie przyjęcia bywają męczące... Masz ochotę na wino w bardziej cywilizowanych warunkach Alei Horyzontalnej? Mam również sprowadzoną z Ameryki whisky, jeśli potrzebowałbyś czegoś mocniejszego. – Znał ciągoty Bagshota do szaleństw, ale wiedział też że w takie barwne tańce były też ucieczką. Czytał jego książki, zwłaszcza tę drugą, nie chciał za bardzo wnikać w emocje swojego stażysty, ale wolał - też przez pryzmat własnej reputacji - by pił w kontrolowanych warunkach. A czy była bardziej kontrolowana przestrzeń od jego apartamentu nad księgozbiorem Parkinsonów? Szczerze w to wątpił.