01.07.2024, 19:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.07.2024, 19:56 przez Lorien Mulciber.)
Mulciber Moonshine
Lorien pewnie dałaby się Robertowi zatrzymać.
Uświadomiłaby pana Notta, że wyjątkowo poważnie podchodzi do tematu, posłałaby przepraszający uśmiech mężowi. Jak ona w ogóle śmiała, prawda? Och to pewnie te całe emocje! Świat był taki przytłaczający, a ona taka mała i przerażona.
A potem wróciłaby do domu, do codzienności. Żadnych awantur, kłótni czy rozmowy. Piękna, ciągnąca się tygodniami cisza.
Skoro jednak pozwolił jej odejść jak gdyby nigdy nic, to sobie poszła.
Udowodnić całemu światu, że skoro przyszła się dobrze bawić na swoim ulubionym sabacie, to będzie się dobrze bawić. I nikt jej tego dnia nie zepsuje. Niestety… Lorien miała tą paskudną przywarę, że lubiła dopowiadać sobie wiele rzeczy. Toczyć mniejsze i większe dyskusje o rzeczach, które z reguły nie miały miejsca. Na przykład w tym momencie w jej głowie zrodziła się cała historia o próbie podważenia jej pozycji jako poważnego urzędnika. Nie po to znosiła lata katorżniczej pracy, obcowała z najgorszym sortem ludzi jacy chodzili po tym świecie, by teraz pozwolić za siebie decydować.
Problem był taki, że... Robert bezpośrednio ugodził w coś co Lorien kochała najbardziej na świecie - w Ministerstwo Magii. Jej Departament. Nieważne jak wadliwy i trzymający się na słowo honoru.
Chciał dobrej i posłusznej żony? Powinien był wcześniej się upewnić, że nie będzie sama walczyła w beznadziejnej sprawie, o coś tak cennego. Ale nie, wolał stanąć po stronie Notta i jego głupiego, złamanego nosa.
Więc ciężko było mówić o cieszeniu się z dnia.
Irytowała ją dziura w sukience. Irytowała plama krwi na materiale. I na dodatek nieprzyjemne uczucie w gardle, gdy próbowała powstrzymać narastające emocje. Czy mogła wszystko to usunąć jednym prostym zaklęciem? Oczywiście, że tak. Ale wtedy nie miałaby na co marudzić, więc... mijało się to z celem.
Nie zorientowała się nawet, kiedy dotarła do stoiska Mucliber Moonshine. Nie planowała się przy nim zatrzymywać. A jednak - instynkt matki-kwoki, który odzywał się niepytany (i ostatnio wyjątkowo zbyt często) zadziałał. Aż dziw, że jej druga forma nie była zwyczajną kaczką, bo właśnie przeliczyła swoją gromadkę. Raz, dwa, trzy. Plus Lyssa. W dodatku wszystkie całkiem zadowolone, bez pourywanych kończyn.
Zatrzymała wzrok na tej głupiej świeczce, która jak nigdy nic stała sobie pośród butelek na degustację i… zaśmiała się. Z czystej, kompletnej bezsilności. To już był kompletny szczyt wszystkiego. Już miała cokolwiek powiedzieć, ale nagle ją olśniło.
Nope.
Nie jej problem. Niech sobie z tym wielki i wszechwiedzący pan Mulciber radzi. Otarła szybko łzę ni to rozbawienia ni to niemocy, wierzchem dłoni.
- Wybieram się na stoisko Nory. - Oświadczyła.- Jeśli któreś chce się zabrać to teraz.- Powiedziała na tyle głośno, żeby cała czwórka ją usłyszała.