– W starych rodzinach czystokrwistych rodów nic nie jest proste – powiedziała to cicho, ale w żadnym razie nie oceniająco. Chciała po prostu dać mu znać, że rozumie, że to jest bardziej skomplikowane, że zależność uczuciowa i emocjonalna, wszystko inne, to nie mogło być proste. Rozumiała to… naprawę to rozumiała, być może jak nikt inny. Rozumiała, że pomimo krzywd, jakie mu zrobili, był od nich na pewien sposób uzależniony. Krzywdy… cholera, odebrali mu życie. Odebrali mu możliwość starzenia się wraz z innymi, wychodzenia na słońce i tak dalej. Lestrange nadal uważała, że jest możliwe mu to zwrócić… Ale wybór należałby do niego, tylko i wyłącznie dla niego, może po raz pierwszy w życiu mógłby sam o sobie zdecydować w tak ważnej sprawie. Chciała go wysłuchać. Chciała, żeby się przed nią otworzył, powiedział coś więcej, a nie tak jak dotychczas, gdy trzeba było jego myśli wyciągać niemalże siłą, albo pogodzić się z tym, że nie zechce mówić. Była gotowa go wysłuchać. Cholera, zniosła już tyle… A on naprawdę potrzebował pomocy. Delikatnej, pokazującej mu odpowiedni kierunek, zachęcającej go do niej leciutkim popchnięciem, a nie ciągnąc na siłę. Nie miała wszak pojęcia o tak wielu sprawach, które mu ciążyły, jak ta z Fergusem, o którym po prostu po Beltane przestała słyszeć.
– Naprawdę chcesz oglądać obrazki? – zachichotała pod nosem, ale potem spojrzała na niego nieco wątpiąco. Z drugiej strony… Cóż, ryciny w albumie zielarskim bywały naprawdę piękne. – Bardziej do szklarni, takiej podobnej jak w Hogwarcie. Znam kilka rozsianych po Anglii – oczywiście, że znała… kochała w końcu kwiaty i interesowała się roślinami, chociaż nie zajmowała się żadną hodowlą, a w domu trzymała jedynie ozdobne okazy. Ale potrzebowała różnych składników do swoich eliksirów, musiała mieć więc kontakt z zielarzami, a oni… mieli swoje szklarnie. – Ale jeśli chcesz do muzeum, to może być muzeum, bardzo chętnie z tobą pójdę– tym bardziej jeśli, jak sam mówił, dawno nigdzie nie był… nic dziwnego, że nie był. Pewnie od czasu przemiany porzucił te wszystkie przyjemności, a może… Może faktycznie dobrze by było coś takiego dla niego zorganizować? Żaden klub i popijawa, na które ciągle chodził, ale może na przykład wyjście do teatru? Muzeum też by dało radę, gdyby tylko była brzydka pogoda, albo jakby mu wcisnąć parasolkę… Albo… Ro był wszak pierwszy eliksir, nad którym myślała najdłużej. Tak naprawdę to powinna się bardziej przyłożyć, przecież tak dużo go omijało tylko ze względu na to cholerne światło dnia i aż ją to zakuło w sercu.
Victoria szła u boku Sauriela, z koszykiem w ręku, torebką na ramieniu i przybrała iście kamienną twarz, gdy już się zbliżyli do straganu ze świeczkami. Ewidentnie zamieszanie już zostało… posprzątane, nawet rozejrzała się dyskretnie to tu, to tam, ale nie zauważyła niczego podejrzanego. Musiała jednak włożyć bardzo dużo siły w to, żeby nie wywrócić oczami na słowa Sauriela, aż za mocno uhahanego, kiedy zwrócił się do… właścicieli stoiska. Albo właściciela… Nie była pewna, ale na pewno jedna z kopii Roberta Mulcibera stała teraz za stołem, a Victoria zastanawiała się kto jest synem kogo. Ale bardzo szybko przestała, bo oto została przestawiona, bez żadnych dopisków typu „hehe, moja była”, albo „yyy znajoma”, Sauriel pewnie sam miał problem ją jakoś określić, biorąc pod uwagę naturę ich dziwnej relacji będącą samą definicją wyrażenia „to skomplikowane”. Lestrange zawahała się i było to widoczne, jednak ostatecznie tak jak to wypadało, by kobieta wykonała pierwszy ruch, podała dłoń starszemu mężczyźnie, który przedstawił się jako Richard. Czyli nie Robert. Jej dłoń była absolutnie lodowato zimna, czym ewidentnie zapracowała sobie na miano Zimnej.
– Miło poznać, chyba nie było do tej pory okazji – odparła kurtuazyjnie, po czym szybko zabrała dłoń. – Tak, bardzo miło. Jest trochę tłoczno, ale ludzie widać potrzebowali takiej zabawy – i była to szczera prawda, to co powiedziała: bo naprawdę spędzała bardzo miły czas. Po pierwsze przygarnęła niebieskiego kota, który szukał domu, zwiniętego teraz w kłębek w koszyku, a po drugie naprawdę było jej miło w towarzystwie Sauriela przez prawie cały czas, jaki spędziła na terenie jarmarku. Nie wychylała się nazbyt za Richarda, zerknęła za to na stoisko; co prawda już kupiła wszystko, co potrzebowała, i kadzidła i świece, ale była ciekawa, czy coś się zmieniło, odkąd była tutaj na początku. – Cyrkowcy zrobili niezłe przedstawienie na scenie – dodała, kontynuując neutralną rozmowę, całkowicie świadoma, ze Sauriel pewnie zaraz walnie jakąś bombę. Chyba że jednak się zlituje i popsioczy sobie pod nosem.