— Bierz przykład ze swojego wina, nie ze swoich rodziców. Im starsze, tym lepsze. — Płynnie przeniósł ciężar ciała z podpierania wyjścia do grodu do pionu. W jego ręce pusty kieliszek po winie, z którego chciał się ponownie napić, ale zrezygnowany stwierdził, że nic już w nim nie ma. Rozejrzał się za kelnerem, aby wymienić go na nowy, ale ku jego rozpaczy nie było również takowego, więc szybko przeskanował otoczenie, jakby na coś się czaił i wyrzucił szkło w krzaki, słysząc, jak to rozbija się o jakąś kamienną aranżację czy coś innego. Cóż. Szklane było, to się zbiło. Skąd miał wiedzieć, że nie są zaklęte na bycie nietłuczącą się zastawą. Zaśmiał się gorzko z tego dźwięku. Był żałosny.
—Chłosta? Głodnemu chleb na myśli? — Morpheus sugestywnie poruszył brwiami. — Pewnie któryś z gości zaplątał się w róże jako ten... To chyba jakiś rodzaj świnki morskiej? Chętnie popatrzę na tę żenadę. Może to ktoś, kogo nie lubię.
Morpheus może i wyglądał nadal pięknie, z tiarą na swoim miejscu, lśniącą w zapadającym mroku i elegancką szatą, krwistą raną na sercu, ale był też pijany. Miał wytrzeźwieć za jakąś godzinę, może mniej, zawsze miał szybki metabolizm, ale definitywnie nie żałował sobie alkoholu. Ciekawe dlaczego.
— Albo przyłapiemy kogoś na mizianiu się w krzakach. Będziemy sprzedawać myślodsiewnię do magazynów plotkarskich. — Nieszczególnie prosto podjął kroki w stronę domniemanych odgłosów, których on nawet nie zauważył. Potknął się jednak o jakieś dziwne pnącza na dróżce. Co to było? A kogo to obchodzi, Morpheus miał już doświadczenia z dziwnymi, przerośniętymi roślinami, więc przestawały robić na nim wrażenie. Korzenie, jak korzenie, byli w ogrodzie.
Zwykle to Jonathan pędził na łeb na szyję, ale Morpheus miał po prostu ochotę umrzeć, więc jeśli nadarzy się jakaś magiczna okazja, aby ukrócić jego cierpienie, niechaj będą to różane macki. Może Vakelowi się spodoba na tyle, że nastąpi... Nie dokończył myśli. Miłość głupia, miłość zła, nie miała władzy nad nim, przecież, że nie. Jaki kamień, taki cios, a to był naostrzony diament na złotej strzale Apollina. Prosto w serce Hiacynta, tym razem bez spisków Zefira.