02.07.2024, 15:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.07.2024, 15:26 przez Anthony Shafiq.)
Tam była plama, na tej srebrzystej tafli, tam była plama a teraz cały świat był poplamiony.
Anthony czuł każdy skrawek ciała zbrukany przemocą, rozcięcia skóry, metaliczny smak w ustach, czuł każde otarcie liny o nadgarstki (prymitywny powróz, to dopiero barbarzyństwo!), mrowienie barków i ból powracającej świadomości. Utrata przytomności wiązała się też z utratą ostatecznej obrony, tej spowijającej jego umysł. Jak mógł podejść się tak łatwo?! Szeroko rozwarte oczy próbowały ocenić gdzie jest, skołowany umysł rozpaczliwie dążył do tego, by nie poddać się przerażeniu, które go zalewało. Koszmar w którym się znalazł paraliżował go, jakby był zaszczutym wilkiem z własnego snu.
Dopadli mnie. Dopadli...
Jeszcze chwilę temu, jeszcze nim stanął z Erikiem u progu teatru, próbował racjonalizować własną paranoję, a teraz utknął w samym jej środku. Śmierciożercy zwierali szyki, trzeba byłoby być idiotą, żeby nie wiedzieć, że Longbottomowie walczą z nimi otwarcie, zbyt łatwo, według Anthony'ego, można było dojść do informacji, że walczą również omijając prawo. I teraz on, tak lekkomyślnie w ostatnim miesiącu pojawiający się w towarzystwie Erika i Morpheusa, tak lekkomyślnie okazujący atencję, mimo lat ostrożności. Och, zbyt łatwo mógł się stać sztyletem wbitym między ukochane żebra. Zgnieść Longbottomów to jak zdeptać wszelką nadzieję, a przecież teraz, pozbawiony różdżki, pozbawiony ochrony, mógł przyjąć każdy rozkaz, każdą sugestię, jak marionetka w rękach tych – w to nie wątpił – którzy chwilę wcześniej popijali z nimi chianti przy jagnięcej wątróbce...
...dasz jej pierścionek, a później zostawisz? – Zamrugał załzawionymi oczyma nie rozumiejąc w ogóle o co chodzi. A wtedy dotarł do niego sens, dotarło do niego w końcu to, że twarze tych mężczyzn nie skrywają absurdalne maski popleczników tego, który kazał się nazywać swoim pseudonimem artystycznym tak trywialnie z duńska łączącego przemoc i śmierć.
Nie był w stanie powstrzymać uśmiechu, parsknięcia ulgi. To tylko jacyś głupcy, to tylko
– ... to nieporozumienie, panowie nigdy nie uczyniłbym czegoś...– urwał, przełykając boleśnie ślinę na widok młota, bo może i to nie jest najgorszy scenariusz, ale najlepszy też nie był.
– To nie ja. To nie mnie szukacie. To musiał być ktoś bardzo podobny do... uhhhhh – tłumaczył się szybko, ale urwał momentalnie po pierwszym ciosie w brzuch na szczęście, a nie w twarz, może jednak nie powinien groźby "poprzestawianego ryja" traktować aż tak dosłownie. – Sprowadźcie ją to Wam po... khe... khe...– Pusty kaszel wypchnięty został z trzewi, a ból promieniował po sam kręgosłup. Zawisł na krześle, boleśnie wyciągając napięte barki, zagryzając krwawiącą wargę. Chciał spróbować przywołać splot, stworzyć pilnik, nożyczki, cokolwiek co przecięłoby więzy. Tamten bawił się różdżką, ale przecież już nie potrzebował cisowej witki, już mógł... mógł, prawda? Dłoń pozostawała pusta. Próżno szukać ratunku a nagle omdlenie wydawało się przyjemniejszym stanem, szkoda że tego też nie umiał robić na zawołanie.
– Czego chcecie? – wysapał, widząc jak bardzo ubrudzone miał kolana. A jeszcze chwilę temu rozpaczał na myśl o marynarce zawieszonej na haku... Jak to można było nagle nabrać innej perspektywy wraz z doświadczeniami, których nigdy wcześniej się nie miało.
Anthony czuł każdy skrawek ciała zbrukany przemocą, rozcięcia skóry, metaliczny smak w ustach, czuł każde otarcie liny o nadgarstki (prymitywny powróz, to dopiero barbarzyństwo!), mrowienie barków i ból powracającej świadomości. Utrata przytomności wiązała się też z utratą ostatecznej obrony, tej spowijającej jego umysł. Jak mógł podejść się tak łatwo?! Szeroko rozwarte oczy próbowały ocenić gdzie jest, skołowany umysł rozpaczliwie dążył do tego, by nie poddać się przerażeniu, które go zalewało. Koszmar w którym się znalazł paraliżował go, jakby był zaszczutym wilkiem z własnego snu.
Dopadli mnie. Dopadli...
Jeszcze chwilę temu, jeszcze nim stanął z Erikiem u progu teatru, próbował racjonalizować własną paranoję, a teraz utknął w samym jej środku. Śmierciożercy zwierali szyki, trzeba byłoby być idiotą, żeby nie wiedzieć, że Longbottomowie walczą z nimi otwarcie, zbyt łatwo, według Anthony'ego, można było dojść do informacji, że walczą również omijając prawo. I teraz on, tak lekkomyślnie w ostatnim miesiącu pojawiający się w towarzystwie Erika i Morpheusa, tak lekkomyślnie okazujący atencję, mimo lat ostrożności. Och, zbyt łatwo mógł się stać sztyletem wbitym między ukochane żebra. Zgnieść Longbottomów to jak zdeptać wszelką nadzieję, a przecież teraz, pozbawiony różdżki, pozbawiony ochrony, mógł przyjąć każdy rozkaz, każdą sugestię, jak marionetka w rękach tych – w to nie wątpił – którzy chwilę wcześniej popijali z nimi chianti przy jagnięcej wątróbce...
...dasz jej pierścionek, a później zostawisz? – Zamrugał załzawionymi oczyma nie rozumiejąc w ogóle o co chodzi. A wtedy dotarł do niego sens, dotarło do niego w końcu to, że twarze tych mężczyzn nie skrywają absurdalne maski popleczników tego, który kazał się nazywać swoim pseudonimem artystycznym tak trywialnie z duńska łączącego przemoc i śmierć.
Nie był w stanie powstrzymać uśmiechu, parsknięcia ulgi. To tylko jacyś głupcy, to tylko
– ... to nieporozumienie, panowie nigdy nie uczyniłbym czegoś...– urwał, przełykając boleśnie ślinę na widok młota, bo może i to nie jest najgorszy scenariusz, ale najlepszy też nie był.
– To nie ja. To nie mnie szukacie. To musiał być ktoś bardzo podobny do... uhhhhh – tłumaczył się szybko, ale urwał momentalnie po pierwszym ciosie w brzuch na szczęście, a nie w twarz, może jednak nie powinien groźby "poprzestawianego ryja" traktować aż tak dosłownie. – Sprowadźcie ją to Wam po... khe... khe...– Pusty kaszel wypchnięty został z trzewi, a ból promieniował po sam kręgosłup. Zawisł na krześle, boleśnie wyciągając napięte barki, zagryzając krwawiącą wargę. Chciał spróbować przywołać splot, stworzyć pilnik, nożyczki, cokolwiek co przecięłoby więzy. Tamten bawił się różdżką, ale przecież już nie potrzebował cisowej witki, już mógł... mógł, prawda? Dłoń pozostawała pusta. Próżno szukać ratunku a nagle omdlenie wydawało się przyjemniejszym stanem, szkoda że tego też nie umiał robić na zawołanie.
– Czego chcecie? – wysapał, widząc jak bardzo ubrudzone miał kolana. A jeszcze chwilę temu rozpaczał na myśl o marynarce zawieszonej na haku... Jak to można było nagle nabrać innej perspektywy wraz z doświadczeniami, których nigdy wcześniej się nie miało.