02.07.2024, 22:17 ✶
Sprawa była poważniejsza niż zakładał. Isaac przygasał na jego oczach i choć czasem raził wszystkich blaskiem swojego energetycznego reaktora, tak teraz, gdy gasł, zamieniał się w czarną dziurę zasysającą energię i materią i światło i wszystko co spotkał dookoła siebie. Pozwolił Isaacowi zawisnąć na jego ramieniu.
– Jeszcze chwilę, trzeba...
Anthony przeszedł z nim kilka kroków w kierunku Abbotów i grupki zebranej wokół niego, ale nie było to wygodne w żadnej mierze. Szybko przewartościował swoje priorytety. Gestem dłoni poprosił więc do siebie, któregoś z aurorów, aby podać mu namiary na siebie, jeśli potrzebne byłyby dodatkowe zeznania, teraz musiał teleportować znajomego do szpitala (nawet jeśli to nie Mung mu chodził po głowie, a własny apartament, zaś zamiast uspokajających eliksirów whisky zgromadzona w szafie). Z gospodarzami postanowił rozmówić się listownie, a śledztwo i tak nie było jego domeną. Na pewno nie takie.
Gdy funkcjonariusz odszedł, wyciągnął z kieszeni swoją cisową różdżkę.
– Zamknij oczy i policz niespiesznie po włosku tak daleko jak pamiętasz z Neapolu ciąg liczb. Oddychaj głęboko, poczuj wilgoć trawy i promienie słońca na twarzy. Potrzebuję jeszcze chwili. – To była zabawka, igraszka. Swobodnym ruchem wyczarował połyskującego paryskim błękitem motyla. Motyl, greckie ucieleśnienie duszy tak za życia, jak i po śmierci. Ale tu i teraz, wewnętrzny kod dwóch mężczyzn, którzy wychowywali się ze sobą i nie jedną psotę w przeciągu przeszło 30 lat światu uczynili. Eteryczna istota wzleciała jak tylko została zmaterializowana, a Anthony uśmiechnął się łagodnie.
– Zapnij pasy Dorotko – powiedział cicho do zagubionego chłopca, w którym coś się połamało, w którym coś trzeba było posklejać, by znów mógł działać. A potem machnął różdżką zdecydowanie i teleportował ich pod próg Księgozbioru Parkinsonów.
Tymczasem motyl, który przed momentem wzleciał ku niebu, zaraz po zniknięciu mężczyzn opadł na dłoń Morpheusa i zniknął z plaśnięciem bańki mydlanej, pozostawiając lekko tęczową wilgoć. Jego kolor mówił Longbottomowi wszystko to, czego inni nie musieli wiedzieć:
Musiałem iść. Jesteśmy w kontakcie.
– Jeszcze chwilę, trzeba...
Anthony przeszedł z nim kilka kroków w kierunku Abbotów i grupki zebranej wokół niego, ale nie było to wygodne w żadnej mierze. Szybko przewartościował swoje priorytety. Gestem dłoni poprosił więc do siebie, któregoś z aurorów, aby podać mu namiary na siebie, jeśli potrzebne byłyby dodatkowe zeznania, teraz musiał teleportować znajomego do szpitala (nawet jeśli to nie Mung mu chodził po głowie, a własny apartament, zaś zamiast uspokajających eliksirów whisky zgromadzona w szafie). Z gospodarzami postanowił rozmówić się listownie, a śledztwo i tak nie było jego domeną. Na pewno nie takie.
Gdy funkcjonariusz odszedł, wyciągnął z kieszeni swoją cisową różdżkę.
– Zamknij oczy i policz niespiesznie po włosku tak daleko jak pamiętasz z Neapolu ciąg liczb. Oddychaj głęboko, poczuj wilgoć trawy i promienie słońca na twarzy. Potrzebuję jeszcze chwili. – To była zabawka, igraszka. Swobodnym ruchem wyczarował połyskującego paryskim błękitem motyla. Motyl, greckie ucieleśnienie duszy tak za życia, jak i po śmierci. Ale tu i teraz, wewnętrzny kod dwóch mężczyzn, którzy wychowywali się ze sobą i nie jedną psotę w przeciągu przeszło 30 lat światu uczynili. Eteryczna istota wzleciała jak tylko została zmaterializowana, a Anthony uśmiechnął się łagodnie.
– Zapnij pasy Dorotko – powiedział cicho do zagubionego chłopca, w którym coś się połamało, w którym coś trzeba było posklejać, by znów mógł działać. A potem machnął różdżką zdecydowanie i teleportował ich pod próg Księgozbioru Parkinsonów.
Tymczasem motyl, który przed momentem wzleciał ku niebu, zaraz po zniknięciu mężczyzn opadł na dłoń Morpheusa i zniknął z plaśnięciem bańki mydlanej, pozostawiając lekko tęczową wilgoć. Jego kolor mówił Longbottomowi wszystko to, czego inni nie musieli wiedzieć:
Musiałem iść. Jesteśmy w kontakcie.
Postacie opuszczają sesję