Można powiedzieć, że chorowała… a jej choroba była szeroko znana ogółowi, bo rozpisywano się na ten temat w gazetach często i gęsto, był nawet moment, że dała Prorokowi Codziennemu wywiad na wyłączność. Przywykła już do tego, że ludzie na ulicy się za nią oglądają, szepczą to i owo, to i trudno jej było pamiętać, że istnieli na tym świecie ludzie, którzy nie czytali gazet i nie żyli tym, co w nich przeczytają. Była więc całkowicie nieświadoma, że mężczyzna przed nią nie miał bladego pojęcia kim… albo czym… jest Victoria, i jaka historia się za nią kryła.
Doskonale wiedziała o jakie zamieszanie chodziło, bo się w jego środku znalazła, tylko, że jej kot tak się tego harmidru wystraszył, że miała do wyboru albo tutaj stać jak kołek, albo pobiec za kociakiem. A gdy już go złapała (to znaczy złapał go Sauriel, a Błękitny Kwiatuszek był jak ta czerwona nić przeznaczenia, która ją do niego doprowadziła w tym całym zamieszaniu związanym z sabatem), to głupotą było się pchać w samo oko cyklonu, zresztą jej obecność tam nikomu by nie pomogła. A tak… Spędziła czas z Rookwoodem, obchodząc z nim bardzo dużo tych stoisk.
– To zupełnie coś innego od tańców i muzyki kapłanów z kowenu – rozwinęła swoją myśl, pijąc do tego, jak bardzo ten kiermasz z okazji Lammas był oderwany od standardowego sabatu – bo nim nie był. I chyba to jej się w tym najbardziej podobało. Ogień… Kochała ogień, dla niej był całkowicie bezpieczny, ale czy brakowało go tutaj? Nie. Nie wiedziała, o co chodzi Saurielowi, bo jakoś nie kojarzyło, by on był wielkim fanem… Za to mogła się dowiedzieć coś niecoś o koligacjach rodzinnych i autorze tych obscenicznych, okropnych świeczek.
– Nie, ja już wcześniej tu byłam, kupiłam zapas kadzideł i świecę rytualną – i kilka tych kutaso-świeczek, ale nie dlatego, że jej się podobały (bo nie podobały się wcale), a dlatego, że mówiono jej, co ma robić. Uśmiechnęła się za to do Richarda. – Ale jak tak, to chyba nie będziemy przeszkadzać? Skoro nic nie chcesz – tu zwróciła się już do Sauriela. Victoria przyszła tu teraz tylko dlatego, że Sauriel ewidentnie chciał się pokazać i pogawędzić… ale ten drugi bliźniak, choć się pojawił, to nawet się do nich nie odezwał i jak ten gbur, dokładnie tak, jak go zapamiętała sprzed tamtego zamieszania, po prostu się ulotnił. Cóż, na nich też była już pora, więc Victoria zgrabnym ruchem wsunęła rękę pod ramię Sauriela, żeby go delikatnie pociągnąć za sobą. – Miłego wieczoru! – pożegnała się jeszcze z Richardem.
– To co… zbieramy się powoli? – zapytała po chwili, delikatnie manewrując i prowadząc ich w kierunku wylotu z całego placu na resztę Pokątnej. Victoria bardzo się cieszyła, że nie mieszka blisko tego placu, bo by się chyba teraz nie dostała do mieszkania, a poza tym oszalałaby przez ten hałas.