04.07.2024, 00:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.07.2024, 00:35 przez Anthony Shafiq.)
– Mhh... tak? – odpowiedział na pierwsze wołanie zdezorientowany, czując przeciążenie w ciele. Kręciło mu się w głowie, neurony szalały pod wpływem promieniujących ognisk bólu, chciał tylko zwinąć się w kłębek i ukryć w bezpiecznym objęciu. Zasnąć. Głos nie pozwalał tego zrobić. Głos, który jeszcze chwilę temu powiedział, że ich ubrania jutro mogą skończyć w dużo gorszych miejscach. Czy było już jutro? Czy Erik miał podobnie do Morpheusa dar widzenia, teraz tylko przytłamszony, choć niezagaszony klątwą lykantropii? Czy miało to jakiekolwiek znaczenie teraz, kiedy jego twarz nagle znalazła się tak blisko, kiedy pełne przejęcia oczy skanowały umęczone oblicze kawałek po kawałku?
Anthony oddałby bardzo wiele, gdyby mógł chociaż przez moment zobaczyć, jakiego koloru te oczy są na prawdę. Mógł się domyślać po grze cieni, że nie są w całości złociste. Mógł nitka po nitce znaleźć ten moment kiedy gradient przechodził na coś, co dla niego pozostawało żółtym, a dla świata było czymś innym. Chociaż jeden raz, nie dla zieleni szkockich wzgórz, czy wszystkich mistrzowskich obrazów tego świata, ale dla tych dwóch zatroskanych tęczówek.
Myśl umknęła gdy opuszek przejechał po rozcięciu na wardze. Jego policzek momentalnie opadł ufnie na otwartą dłoń. Przymknął oczy tylko na chwilę, na moment.
– Już nie. Już nic nie boli – odpowiedział słabowicie, kłamiąc w oczywisty sposób, dziwnie spokojny, teraz, gdy zagrożenie przeminęło. Nagle ciepło zniknęło, zmarszczył brwi i obrócił się do tyłu rozglądając się, szukając go, w pierwszej chwili nie rozumiejąc czemu pozbawił go swojego dotyku. Ach tak... lina. Paskudna lina, miał w domu zdecydowanie lepsze. Na splot nawet nie zamierzał patrzeć. Ślady będą takie brzydkie. Niesymetryczne.
– Wiesz... ja rozumiem pięć kroków, ale chyba... chyba wolę jak jesteś zdecydowanie bliżej. Proponuję... zero kroków do końca wieczoru, co Ty na to? – spróbował się uśmiechnąć odchylając głowę, badając jak zachowa się obolały brzuch, gdyby wbrew intuicji wyciągnąć się w przeciwną stronę. Nie... to nie był dobry pomysł. Zwiesił się znów do przodu, kuląc się, poddając intuicji ciała chcącego chronić obolałe tkanki.
– Chyba przeszła mi ochota na mm... drugi akt. – Jego ramiona zadrżały, gdy zaczął bezgłośnie się śmiać, nieco histerycznie, ale proszę! żył, to nie byli śmierciożercy, byli bezpieczni, byli razem. Ulga, wszechogarniająca ulga stopiła się w jedno z wrażeniem uwolnionych rąk. Od razu zabrał je zza krzesła i złożył przed sobą, drżąco rozmasowując nadgarski. Przełknął ślinę. – M...mam lekarza. Nie chcę iść z tym do szpitala. Niepotrzebny szum. Nie wiem jakie m... jakie masz procedury. Powiedz mi, co teraz? – Ludzie nienawidzili biurokracji, ludzie nienawidzili regulaminów. Ale Shafiq miał w sobie szacunek do tych administracyjnych ścieżek z dwóch powodów. Pierwszym był oczywisty fakt, że ich znajomość ułatwiała naginanie. Drugi, to momenty takie jak ten, momenty kryzysu i otumanienia. Procedura dawała ramy, dawała kontrolę wtedy, gdy wszystko się z rąk wymykało. Ale to nie był jego świat, tylko Erika. Pozostawało podążać za jego przewodnictwem.
Anthony oddałby bardzo wiele, gdyby mógł chociaż przez moment zobaczyć, jakiego koloru te oczy są na prawdę. Mógł się domyślać po grze cieni, że nie są w całości złociste. Mógł nitka po nitce znaleźć ten moment kiedy gradient przechodził na coś, co dla niego pozostawało żółtym, a dla świata było czymś innym. Chociaż jeden raz, nie dla zieleni szkockich wzgórz, czy wszystkich mistrzowskich obrazów tego świata, ale dla tych dwóch zatroskanych tęczówek.
Myśl umknęła gdy opuszek przejechał po rozcięciu na wardze. Jego policzek momentalnie opadł ufnie na otwartą dłoń. Przymknął oczy tylko na chwilę, na moment.
– Już nie. Już nic nie boli – odpowiedział słabowicie, kłamiąc w oczywisty sposób, dziwnie spokojny, teraz, gdy zagrożenie przeminęło. Nagle ciepło zniknęło, zmarszczył brwi i obrócił się do tyłu rozglądając się, szukając go, w pierwszej chwili nie rozumiejąc czemu pozbawił go swojego dotyku. Ach tak... lina. Paskudna lina, miał w domu zdecydowanie lepsze. Na splot nawet nie zamierzał patrzeć. Ślady będą takie brzydkie. Niesymetryczne.
– Wiesz... ja rozumiem pięć kroków, ale chyba... chyba wolę jak jesteś zdecydowanie bliżej. Proponuję... zero kroków do końca wieczoru, co Ty na to? – spróbował się uśmiechnąć odchylając głowę, badając jak zachowa się obolały brzuch, gdyby wbrew intuicji wyciągnąć się w przeciwną stronę. Nie... to nie był dobry pomysł. Zwiesił się znów do przodu, kuląc się, poddając intuicji ciała chcącego chronić obolałe tkanki.
– Chyba przeszła mi ochota na mm... drugi akt. – Jego ramiona zadrżały, gdy zaczął bezgłośnie się śmiać, nieco histerycznie, ale proszę! żył, to nie byli śmierciożercy, byli bezpieczni, byli razem. Ulga, wszechogarniająca ulga stopiła się w jedno z wrażeniem uwolnionych rąk. Od razu zabrał je zza krzesła i złożył przed sobą, drżąco rozmasowując nadgarski. Przełknął ślinę. – M...mam lekarza. Nie chcę iść z tym do szpitala. Niepotrzebny szum. Nie wiem jakie m... jakie masz procedury. Powiedz mi, co teraz? – Ludzie nienawidzili biurokracji, ludzie nienawidzili regulaminów. Ale Shafiq miał w sobie szacunek do tych administracyjnych ścieżek z dwóch powodów. Pierwszym był oczywisty fakt, że ich znajomość ułatwiała naginanie. Drugi, to momenty takie jak ten, momenty kryzysu i otumanienia. Procedura dawała ramy, dawała kontrolę wtedy, gdy wszystko się z rąk wymykało. Ale to nie był jego świat, tylko Erika. Pozostawało podążać za jego przewodnictwem.