04.07.2024, 04:13 ✶
Mulciber Moonshine
Słaby ten żart, przeszło Lyssie przez głowę, kiedy patrzyła przez moment na świeczkę, ustawioną teraz obok próbek bimbru. Gdyby faktycznie był to żart, nie szliby na taką skalę. Więc albo Charles miał rozmach, albo zwyczajnie oszukiwał sam siebie. Jedna świeczka dla żartu to była jedna rzecz, ale całe pudła czy w czym to oni trzymali? To jasno sugerowało, nawet przypadkowym przechodniom, że byli gotowi na masową produkcję. Współczuła trochę Robertowi, bo nawet jeśli niektórzy uważali to za absurdalnie zabawne, to domyślała jak może być to problematyczne.
- Twój ojciec na pewno będzie zachwycony, kiedy mu o tym powiesz - rzuciła obojętnie. Przecież już wydawał się na niezmiernie rozradowanego, więc co będzie potem? - Może masz rację, Leonardzie - odpowiedziała mężczyźnie, ale jej głos był zwyczajnie oschły. Może to było to wychowanie z Norwegii, ale oboje, nie, cała ich trójka zdawała się gubić gdzieś koncept do jakiej rodziny należeli. Mulciberowie byli tradycjonalistami, którzy absolutnie nie wydawali się skłonni do rewolucji na jakimkolwiek rynku z tego prostego powodu, że socjeta częsta wyznaczała rytm jakichkolwiek zmian. To co proponowali, produkt z którym wychodzili, był zwyczajnie śmieszny; już widziała jak ci wszyscy bogaci czarodzieje, wytworne damy i ich mężowie patrzą na nie, określając mianem ordynarnych. Takie rzeczy sprzedawało się z zachowaniem dyskrecji klienta i do buduarów, a nie chwaliło asortymentem na rodzinnym kiermaszu.
Uśmiechnęła się do Sophie wesoło, skinieniem głowy przystając na jej prośbę. Na początku wygładziła je zwyczajnie dłońmi, oceniając ich stan i stopień całego bałaganu. Nie było źle, tylko trochę się potargały podczas tych wygibasów dziewczyny na stoisku obok. Lyssa sięgnęła po różdżkę i prostym zaklęciem wygładziła rudą czuprynę kuzynki.
- Już. Po problemie - zapewniła ją i nawet wyciągnęła z torebki niewielkie lusterko, by ta mogła się przejrzeć i ocenić efekty. Akurat we wszelkim doprowadzaniu do porządku i wyglądaniu porządnie, Lyssa uważała się za specjalistkę, a efekt który osiągnęła na Sophie za całkiem udany. - Była bardzo dobra - zapewniła ją, uśmiechając się do niej łagodnie. - I ma te ciekawe stany, w które potrafi wprowadzić. A jeśli tylko sprawia ci to przyjemność, to myślę że powinnaś to jakoś rozwijać - nawet jeśli nie wydawało jej się, by jej rodzina miała stać za tym murem, no przynajmniej ta doroślejsza jej część, to sama nie uznawała się za kogoś, kto Sophie powinien podcinać skrzydła. Biznes, sam w sobie, wydawał jej się jakąś pokrętną próbą uzyskania niezależności, do tego projektem niskich lotów, ale to było jej zdanie. A do tego nic nikomu.
A potem wróciła do nich Lorien i Lyssa wreszcie wzięła swojego kota na ręce, ponownie przytulając do siebie i odsunęła się od stanowiska bimbrowniczego.
- Ja z chęcią się przejdę. Chciałam w ogóle przejść się po stoiskach, co ty na to? - zapytała kobiety, podchodząc do niej, a potem jeszcze na moment odwróciła się w kierunku kuzynostwa. - Nie róbcie już sobie krzywdy i powodzenia. Do zobaczenia, Sophie - pomachała im, posłała ostatni uśmiech i ruszyła obok Lorien.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.