Nadzwyczaj trudna była sympatia trytonów. Adria nie tylko nie chciała go wypuścić ze swoich objęć, ale również ściskała go tak mocno, aż poczuł jej szpony wbijające się w skórę. Cały jego wysiłek z próbą wyzwolenia się poszedł na marne, marnując tylko jakże teraz cenny tlen. Koniec zbliżał się wielkimi krokami. Jakże surrealny moment w życiu prostego kaletnika. Na płótnie potrafiłby go tylko przedstawić jako plamy - jedna na drugiej, niektóre większe, a niektóre mniejsze i każda w innej barwie. Nie było to żadną niezwykłą metaforą, a zwyczajnym dowodem, że nawet rzemieślnik pokroju Rowle mógł nie mieć zmysłu artystycznego. Albo mógł... nie potrafić opisywać uczuć.
Czy czuł strach? Już powoli nie. Powoli zaczynał znajdować się krok dalej, zdając sobie sprawę, że moment na strach przeminął. Śmierć była zbyt blisko, by mógł się wahać. Chciał nawet walczyć z Losem, ale w tej sytuacji... co mógł? Był obezwładniony i za moment zacznie zalewać swoje płuca wodą. Może jednak czas się pogodzić z tym wszystkim? Umrzeć w ramionach trytonki, która patrzyła na niego jak na... nikogo. Słusznie zresztą. Nie było mu daleko do robaka, chociaż i to było dosyć schlebiające porównanie. Osobiście uważał siebie za kogoś bliższego pasożyta - nie czerpiąc z tego ani wstydu, ani dumy.
Czy naprawdę w ostatnich chwilach swojego życia nikt, ale to zupełnie nikt nie przyszedł mu do głowy? O nikim nie pomyślał? O wszystkich zapomniał? Najwidoczniej, a może jeszcze nie nastąpił ten moment, w którym całe życie przelatuje mu przed oczyma, by mógł nagle zrozumieć to, co ważne. I kto jest dla niego ważny. Teraz przecież było to oczywiste - Gerraldine. Zatem... jak mógł o niej zapomnieć? Oczywiście, że był bezpieczny, bo był w jej towarzystwie. Niezależnie co by się działo, to ta walka była zwyciężona. Nawet jeżeli pozornie wydawało się inaczej.
Bąbel powietrza musiał być zasługą Gerry. Właśnie, zupełnie dosłownie, zawdzięczał jej życie. Jego dług gwałtownie wzrastał, bo zaraz za plecami Adrii zjawił się... brat Geraldine. Teleportacja, cóż za przydatna sztuczka, ale w czym to miało pomóc? Nie miał broni. A może właśnie był w nią uzbrojony cały czas. Może nawet był uzbrojony, hehe, po zęby?
Co za istoty nie potrzebowałyby oddychać pod wodą i wgryzają się w szyję swoimi kłami? Nie trzeba było być ekspertem, aby szybko wywnioskować kim był tajemniczy brat łowczyni. Rowle jeszcze miał moment, by przyjrzeć się temu nadzwyczaj niespodziewanemu widokowi. Na moment nawet przez jego głowę przemknęła myśl, że to nawet ironiczne - wampir wśród Yaxleyów.
A moment później został ciśnięty niczym szmaciana lalka, wpadając głową do kotła. Może jednak śmierć tylko sobie z nim igrała. Wolał już utopić się niż umrzeć od przedziwnej zawartości gara. Ale... nic się nie stało? Był nieźle poobijany, podrapany i ogólnie w nienajlepszym stanie, lecz żadnych poważnych ran. Cała ciecz zatrzymała się na bańce. Kolejny raz zawdzięczał jej, najpewniej, życie. To tylko utrwaliło go w przekonaniu, że są skazani na sukces - tak czy siak. Była zbyt wybitną łowczynią, ale też tak po prostu kobietą, by zawieść w sytuacjach, które były naprawdę decydujące.
Próbował otrzepać się z tego śluzu, nie wiedząc czy dotykanie go to najlepszy pomysł. Starał się zrobić to w miarę bez babrania się w szlamie, bo może... wchłaniał się przez skórę? Albo był żrący? Wywoływał choroby? Kto wie czym tak naprawdę była ta obrzydliwa zawartość. Przekonać się zaraz miał, lepiej od samego Esmé, brat-wampir. Rowle rzucił się zaraz do niego, chociaż wciąż ledwo go widział przez breję. Nim dotarł, to mężczyzna już nie tkwił głową w kotle i... nic mu nie było? Wyglądał jakby został co najwyżej ogłuszony. Wampiry widocznie musiały być naprawdę odporne lub po prostu ten szlam nie był tak groźny, jak wyglądał.
Sytuacja szybko nabierała tempa. Kolejne osoby pojawiły się w pomieszczeniu, które kątem oka dostrzegł Esmé rozpoznając Victorię, Perseusa i... i tyle. I tyle? Błyskawicznie na myśl wpadł mu Laurent, którego brakowało. Jego zdaniem. Nie był to moment na jakiekolwiek rozmyślania, by wpadł, że ta foka to on. Że to jego inna forma, której chyba nigdy nie widział. Chyba na pewno nie widział, bo wtedy by ją zapamiętał... prawda? Oprócz znajomych twarzy były też te nieznajome i obce - trytonie. Aktualnie tylko "ich" trytona traktował jako potencjalnego sojusznika, a każdy inny w oczach kaletnika był, po prostu, wrogiem. Celem do pokonania, bo teraz sprawy moralności odeszły na bok. Już nie przeszkadzało mu wcale, że Adria ma tak ludzką oraz piękną twarz. Mogłaby zostać rozerwana na strzępy i Esmé podejrzewał, że poczułby co najwyżej satysfakcję. Jak niewiele czasem trzeba było, aby zmienić ludzką duszę.
Foka coś piszczała, wampir wydawał się dopiero dochodzić do siebie, Victoria i Perseus... z pewnością robili coś ważnego, a Geraldine atakowała. Chaos, w którym Esmé nie wiedział jaką miał rolę. Zupełnie jak w swoim normalnym życiu. I do czego wtedy się sprowadzał? Do rzemieślnika. Nie chciał po prostu stać i czekać na rozwój wydarzeń. Jasne, Geraldine miała wygraną w garści, ale to nie oznaczało, że zamierzał po prostu przyglądać się, zrzucając na nią cały ciężar sytuacji. Sytuacji, którą i tak przeżył dzięki niej. I jej bratu-wampirowi, o którym już nie wiedział co myśleć.
Wyciągnął różdżkę i zatoczył nią pętlę, celując w Adrię - najgroźniejszą z trytonów. Czas przestać transmutować przedmioty w inne przedmioty, a skorzystać z bardziej zaawansowanych ale i pewniejszych zaklęć.
- Incarcerous. - odezwał się zaskakująco swobodnie, jak na znajdowanie się tak głęboko pod wodą. Posiadanie bańki na głowie, koniec końców, było wygodniejsze niż jego na szybko stworzona maska tlenowa. Tak czy inaczej - zaklęcie miało pochwycić Adrię w wytworzone pozornie z niczego liny, zaciskające się na jej ciele. Rowle był świadomy, że nie było to rozwiązanie - Adria była silna, posiadała ostre szpony i kły, ale to nie miało ją pokonać na miejscu, lecz dać czas Gerry na akcję. Ugranie jej kilka dodatkowych sekund, w których Adria była czymś rozproszona. Zaraz po tym zaklęciu - udanym mniej lub bardziej - Esmé ruszył zaraz za Geraldine, by w drodze wyciągnąć schowany za paskiem sztylet i wręczyć jej, jeżeli zupełnie go nie zignorowała i rzuciła się do walki z gołymi rękoma. I różdżką.Rzut na shibari na trytonce, czyli wyczytane zaklęcie Incarcerous. Przeczytałem o nim na wiki, więc nie bijcie jak coś zje źle zrozumiałem.
Sukces!
Sukces!