Dom, słodki dom.
Morpheus Longbottom ledwie wrócił do kraju, mierząc się od momentu postawienia stopy na wyspach, z żałobą po bracie, będącą niczym uderzenie w brzuch każdego dnia, gdy jego miejsce przy stole pozostawało puste, a już wzywano go znad przyziemnych zajęć Departamentu Tajemnic i Komnaty Przepowiedni, jak wchodzenie w trans wieszczący, aby przewidzieć, jak się potoczy następny kwartał dla Jej Królewskiej Mości. Co tam jednak słodka Elżbieta, gdy w grę wchodzą anomalie magiczne oraz może potencjalne objawienia? Co prawda była jedynie trzy lata starsza od Morpheusa, ale z tego, co było mu wiadome, rodzina królewska nie należała do magicznych i już nie wyprodukuje kolejnych dziedziców (chociaż to tłumaczyłoby długowieczność monarchów Wielkiej Brytanii. Jego osobistą opinią było to, że Victoria była przynajmniej mugolakiem).
— Dzień dobry pani Moss, panie Bagshot — skłonił się obojgu. Pachniał intensywnie ciężkimi kadzidłami, kojarzącymi się z pradawnymi rytuałami, zdawał się nieco emanować tą aurą, jaką mają kapłani po wykonaniu rytuału lub magowie po przeżyciu Eutierri. Otaczał go dziwny spokój, jak otaczały go proste, czarne szaty magiczne. Matowy, jak noc nad nimi, pochłaniał światło dookoła, plamą kontrastującą z błękitnym blaskiem dnia. Zapraszał do otchłani, aż do momentu, gdy się uśmiechnął, rozświetlając przestrzeń iskrami księżycowych promieni.
Wziął głęboki wdech, próbując ogarnąć wzrokiem całe miejsce i rozluźnił ramiona, wyciągnął swoją cisową różdżkę.
— Wspaniały dzień na epifanię, czyż nie? Zobaczmy co tu mamy...
Rozpoczął tkanie swoich nici, jak każdy pająk Departamentu Tajemnic, ciągnąc nici analizy, badań. Samopiszące pióro zawisło po jego lewej stronie, notując starannie wszystko, o czym myślał w kontekście analizy miejsca niedoszłej zbrodni na kapłance oraz agresywnych magicznych anomalii, nie tego, że biedna Brygadzistka musiała codziennie patrzeć na siebie w lustrze, a wcześniej też nie była zbyt urodziwa.
Slaby sukces...
Sukces!