05.07.2024, 13:20 ✶
STYCZEŃ 1971
17 stycznia 1971 roku o godzinie 2:13 od zachodu na wysokości równoleżnika 51º 27', okolice Clevedon, w strefę powietrzną Wielkiej Brytanii wchodzi karoca ciągnięta przez dwa abraksany. Powozi najemny kurier. Z jego głowy włos nie może spaść. Wewnątrz karocy obstawa pod postacią dwóch zakapturzonych, zamaskowanych sylwetek. Ich włos nie jest pod ochroną.
W transporcie skrzynia sześcienna o boku 1.5 metra. Jej zawartość nie jest znana żadnej z osób dramatu, w których skład wchodzi dwóch dzielnych członków Zakonu Feniksa o nieskazitelnych charakterach, dwóch okrutnych, zamaskowanych Śmierciożerców oraz dwóch Bogu ducha winnych woźniców.
Padał śnieg, padał śnieg, dzwoniły dzwonki sań.
Choć, no dobrze, to o dzwonkach nie było prawdą. Powóz typu victoria (inspiracja), na płozach zamiast kół, ciągnięty przez dwa skrzydlate konie, krążył nad laskiem w okolicach Bristolu. Niczym nie zdradzał swojej obecności — ni dźwiękiem, ni światłem. Zasłona nocy i śnieżnej zawieruchy dodatkowo maskowała niewielki pojazd.
— Selwyn! — Może i w półotwartym powozie patrolowym hulał mroźny wiatr i śnieg, ale wcale nie tłumaczyły one tego, jak głośno Woody Tarpaulin wydarł się na drugiego zakonnika. Przecież siedział tuż obok, na tej samej ławeczce wewnątrz bryczki. — Gotów? Wiesz, co masz robić? Ściągamy ich na dół, ty zarzucisz woźnicę jakimś swoim urzędniczym bełkotem, a ja czekam, aż karaluchy wypełzną z paki sprawdzić, co się dzieje.
Czarodziej podniósł wzrok na nocne niebo, gdzie na śnieżnym tle zamajaczył czarny punkt: karoca, której oczekiwali. Nadchodził czas.
Woody okutany był od stóp do głów: ciężki płaszcz wchodzący w zimowe umundurowanie brygadzisty, gryzący wełniany szalik pod samą brodę, solidne rękawice, a wszystko uwieńczone uszatką podbitą futrem oraz goglami lotniczymi chroniącymi oczy od niesprzyjających warunków pogodowych. Spod tego wszystkiego wystawał tylko czerwony nos. Czerwony od mrozu, nie z przepicia, choć…
Mężczyzna wyciągnął spod poły płaszcza piersiówkę, odkręcił ją niezgrabnie przez sztywny materiał rękawic i pociągnął solidny łyk. Gorzałka popłynęła po jego gardle piekącym gorącem.
— No, to teraz do roboty, panowie. — Wychylił się ze swojego siedzenia i klepnął woźnicę w ramię. — Dawaj, Bob, rozpędzaj to ustrojstwo.
A właśnie: kim był siedzący na ławeczce stangreckiej Bob, który dzierżył lejce ich powozu? Kolejna z niewiadomych tego przedsięwzięcia, którego koordynatorem był Albus Dumbledore. Na oko Bob zbliżał się sześćdziesiątki, miał kark spieczony słońcem, skórę pooraną bruzdami i niepokojąco artretyczne palce, które jakimś cudem wprawnie kierowały końmi. Poza tym żuł tytoń i co rusz pluł z kozła za burtę (raz owa plwocina niemal trafiła w twarz Jonathana, co wywołało gwałtowny wybuch rechotu u Woody’ego). Oraz ufał mu Dumbledore. Musieli zaufać mu więc i oni, jako że żaden z zakonników sam powozić nie umiał.
Bob bez szemrania płynnie wzniósł powóz na wysokość karocy, rozbłysły latarnie na przedzie ich bryczki. Woody zacisnął palce na krawędzi kanapy, gdy nabierali coraz to większego pędu. Adrenalina i alkohol buzowały w jego żyłach, nakręcając czarodzieja do działania. Wyprzedzający ich snop światła ciął nocne niebo, jak pies gończy śledzący czarną karocę. Pozbawieni ładunku byli lżejsi, ich powóz patrolowy był mały i zwrotny, więc w mig zrównali się ze ściganym konwojem.
Tarp wstał i wychylił się ku niemu, przykładając różdżkę do szyi na wysokości krtani:
— Tu Brytyjskie Ministerstwo Magii — jego tubalny, wzmocniony magicznie głos poniósł się echem przez powietrze między dwoma pojazdami, zwracając uwagę stangreta karocy. — Panie woźnico, proszę posadzić powóz do kontroli.
W okolicach Bristolu padał śnieg, padał śnieg, a dwie pary sań (bez dzwoneczków) zaczęły obniżać lot.
piw0 to moje paliwo