- Nie wiem czy w tym przypadku nie zinterpretowałeś niewłaściwie moich słów. - zdecydował się to trochę naprostować. Choć może wcale tak nie było? Może to on uparcie starał się wynaleźć kolejne potencjalne problemy? Sam nie był tego do końca pewien. - To, że ja z nikim się tym nie dzieliłem nie znaczy, że Grace nigdy nikomu nie wspominała o swoich problemach.
I tutaj właśnie zaczynały się jego obawy. Albo może wchodziła już lekka paranoja? Jego żona nie była kimś na tyle mało istotnym, żeby tak po prostu ją zamknąć w kamienicy. Całkowicie odseparować od innych ludzi. Rodziny. Przyjaciół. Owszem, Robert starał się tego rodzaju kontakty w pewnym momencie znacząco ograniczyć. Zarazem jednak przez cały czas starał się możliwie najlepiej dbać o to, żeby nie przekroczyć tej cienkiej granicy, mogącej pokazać jego samego w niekorzystnym świetle.
- Regularnie odwiedzaliśmy jej rodziców. Zawsze we troje. Kiedyś w miarę często spotykała się z siostrą, ale w ostatnich miesiącach uległo to pewnej zmianie. Lekarzem Grace był znajomy jej brata, nie sądzę jednak aby był w stanie mi zaszkodzić. Raz za razem przepisywał Grace kolejne leki, które nie bardzo przynosiły efektów. - nakreślił sytuacje na tyle, na ile był w stanie. Najbardziej problematyczny z tego grona wydawał się lekarz, ale jeśli jego działania nie przynosiły większych efektów, można było spróbować wykorzystać jego obecność własną korzyść. Tak przynajmniej rozumował Robert, który znacząco uspokoił się w momencie, kiedy musiał to wszystko nakreślić, poukładać, omówić razem z bratem. Wszedł w zupełnie inny tryb działania. Tryb, który zdawał mu się po prostu służyć.
Słuchał cierpliwie tego, co Richard miał mu do przekazania; co zdołał uzyskać od Michaela. Zmarszczył przy tym brwi. Do jednej kwestii był niewątpliwie nieprzekonany.
- Naprawdę myślisz, że brak wiedzy o jej problemach u innych przesłuchiwanych, jej znajomych i rodziny, miałby być mi... nam na rękę? - zapytał, poddając to w wątpliwość. Gdyby to on miał szukać czegoś, co w tej sprawie śmierdzi, to tego typu dysonans uznałby za co najmniej podejrzany. Oczywiście sam nie był detektywem, przedstawicielem brygady, aurorem, ale... no tak mu podpowiadał rozum. Bo skoro problemy były od dawna, ale nikt inny ich nie zauważył, poza opiekującym się nią mężem, to ten mąż tak z miejsca staje się trochę bardzo podejrzany. Warto byłoby dokładniej mu się przyjrzeć.
Na całe szczęście, coś takiego nie miało w tym przypadku miejsca.
Nie potrzebował tego czasu do namysłu. No, chyba że do wynalezienia w tym wszystkim kolejnych dziur. Do zajęcia się tą sprawą osobiście. Do podziękowania Rickowi za pomoc, którą jednak uznałby za zbędną. Pozwolił jednak bratu zająć się tym papierosem. Poczekał chwilę. Może dwie. Albo jeszcze więcej.
Chwilę milczał, kiedy padły słowa o potrzebie uzyskania mocnego alibi. Kalkulował. Układał wszystko w swojej głowie. Jakby nie chcąc przyjąć do świadomości tego, co tym samym brat mu przekazał. Zaakceptować tej jednej informacji, która do niego dotarła, choć nie została wypowiedziana wprost.
- To Ty. Ty ją zabiłeś. - wreszcie jednak padło z ust Roberta. Nie było to jednak oskarżenie. Nie wybrzmiały w jego głosie też żadne pretensje. Najłatwiej było to określić mianem stwierdzenia faktu. Niekoniecznie wygodnego, ale wciąż faktu. Nagle poczuł, że potrzebuje się napić. Ewentualnie zapalić papierosa bądź cygaro. Zamknąć oczy na kilka chwil. Na moment się wyłączyć. Zrestartować.
Nie zapytał: dlaczego to zrobiłeś, Rick? Nie potrzebował bowiem tej wiedzy. Wcale. Liczyły się inne kwestie. Inne, potencjalne komplikacje, które mogły z tego wypłynąć.