Ostatnim, co chciałby usłyszeć Robert, było jakiekolwiek porównanie jego osoby do ojca. Zwłaszcza, że tych wszystkich łączących ich cech, pozostawał jak najbardziej świadomy. I niekoniecznie był z tego faktu zadowolony. Niekoniecznie było to coś, co mu odpowiadało. Zwłaszcza, że swojemu rodzicielowi miał do zarzucenia naprawdę dużo. Ich relacje można na spokojnie określić, jako: to skomplikowane. Całe szczęście, nawet jeśli coś takiego pojawiło się w głowie Richarda, nie zdecydował się o tym powiedzieć. Zwrócić na ten szczegół uwagi. Brat miał wystarczająco oleju w głowie, aby zachować to dla siebie. Być może z tego względu, że i dla niego te wszystkie lata spędzone pod czujnym okiem ojca, nie są okresem, który wspomina najlepiej.
Zajęty składaniem gazety, nie zwrócił uwagi na to, że brat zmienił rękę, którą sięgnął po dzbanek. A że chwilę później ten sam dzbanek trzymał już w lewej? To akurat Robertowi tak po prostu umknęło. Sam był praworęczny, dlatego nie postrzegał tego jako coś dziwnego. Nie pasującego do obrazka. Co oczywiście nie znaczy, że o leworęczności własnego brata wcale nie pamiętał. To nie tak. Nie do końca. Zwyczajnie nie poświęcił temu odpowiednich ilości uwagi. Nie miał takowej potrzeby w tym momencie.
- Być może. To nawet prawdopodobne. - wzruszył ramionami, kiedy ze strony Richarda padło całkiem sensowne wytłumaczenie dla tej sytuacji. Były święta. Organizacja sama w sobie dopiero zdawała się raczkować. Może rzeczywiście Ci u góry chcieli to wszystko czymś przesłonić. Robić dobrą minę do złej gry. Wmawiać wszystkim, że problem nie istnieje. Pytanie tylko jak długo będą w stanie to robić? Zwłaszcza, kiedy z tymi wszystkimi zdarzeniami, atakami... kiedy czarodzieje będą spotykać się z nimi bezpośrednio. Wszyscy bez wyjątku. Prędzej czy później każdemu przyjdzie się z tym zmierzyć. - Nie sądzę jednak, żeby cokolwiek miało im to na dłuższą metę przynieść. Nie da się w nieskończoność robić dobrej miny do niekoniecznie dobrej gry. - podzielił się tym wszystkim, nie uważając aby była to jedna z tych kwestii, które powinien był zachować dla samego siebie. W końcu za wyrażanie własnego zdania, zwłaszcza podczas rozmowy z bratem, nikt go o nic nie oskarży. Wystawienia biletu prosto do Azkabanu nie uzasadni. Nie było tutaj miejsca na faktyczne obawy. Obawy w zasadzie o cokolwiek.
Zamiast na tych wszystkich obawach, Robert skupił się na swoim śniadaniu. Dokończeniu drugiego tosta. Zjedzeniu tych niewielkich pomidorków koktajlowych, które znajdywały się na jego talerzy. Na dopiciu już nieco chłodnej kawy.
- Selar przeszła dzisiaj samą siebie, tosty są przepyszne. - podzielił się z bratem. - Szczerze polecam.