Tłumaczenie Richarda, jakoby całe to zainteresowanie tematem wynikało z potrzeby zapewnienia bezpieczeństwa dzieciakom, było czymś, co Robert po prostu kupił. Mógł to zrozumieć. Może nawet rozumiał? Na pewno nie starał się w żaden sposób kwestionować. Kiwnął głową, w reakcji na jego słowa, zanim cokolwiek zdecydował się powiedzieć. Temat nie był bowiem z tych prostych. W żadnym razie.
- Myślę, że porównywanie obecnej sytuacji do ostatniej wojny czarodziejów, jest zdecydowanie na wyrost. - postanowił zacząć od tej drobnej uwagi. Bo faktycznie widział to w ten sposób. Za wcześnie było, aby w ten sposób na to patrzeć. Minął wszak zaledwie miesiąc od kiedy na scenie pojawił się Lord Voldemort. Jak długo na niej pozostanie? Jak wiele czasu będzie potrzebował na realizacje swoich celów? - Jest na to zdecydowanie zbyt wcześnie. A jeśli mowa o Twoich dzieciakach, jestem pewien, że nie musicie się w tym przypadku niczego obawiać. Gdyby doszło do jakiegoś nieszczęścia, byłby to naprawdę niefortunny zbieg okoliczności. - brzmiał przy tym na pewnego swoich słów. Skąd brało się w Robercie to przekonanie? Gdyby Richard o to teraz zapytał, usłyszałby co najwyżej, że to wynik poczynionych obserwacji. Bo Robert wszystko starał się obserwować, uważnie śledził to, co działo się w kraju. Pozwoliło mu to na wyciągnięcie pewnych wniosków. I te wnioski raczej nie wskazywały na to, aby ktokolwiek z ich rodziny musiał się czegokolwiek obawiać. Nie pasowali wszak do opisu typowych ofiar. Nie zająknąłby się choćby słowem o tym, że do typowania kolejnych celów, ofiar, sam przecież przykładał rękę. Miał na to pewien wpływ. Tego bowiem bliźniak wiedzieć nie musiał. Dla własnego dobra, bezpieczeństwa, być może nawet wiedzieć nie powinien. Niewiedza bywała czasem błogosławieństwem. - Jeśli natomiast chodzi o wydarzenia w Hogsmeade... ile zamieszania może narobić dwóch zwolenników wariata? Służby z reguły reagują na te ataki bardzo szybko. Przynajmniej tak słyszałem. Mam nadzieje, że sam nie próbowałeś działać tutaj na własną rękę? - Robert dopiero w tym momencie zainteresował się jakoś bardziej tym, czy bliźniak był cały, zdrowy, w jednym kawałku. Może nosił jakieś widoczne ślady, które pozostały mu po tym nocnym spotkaniu? Ah, głupi czasem bywał ten Richard! Wchodził tam, gdzie nie powinien. - I co Ty w ogóle robiłeś w Hogsmeade? Zwłaszcza w nocy? - bo o ile spacer po Londynie był dla Roberta w pełni zrozumiały, tak wyprawa aż do Szkocji... to już rozumiał trochę mniej. Po co to komu? Na co? Taka podróż w środku nocy? Chyba, że wiązało się z tym coś, o czym Richard nie chciał powiedzieć? Z kimś tam się spotykał?