07.07.2024, 14:29 ✶
Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie wywołali szumu, nie spowodowali skandalu. Miało to swoje dobre i złe strony, skupiało uwagę socjety na tych dobrych torach związanych z Borginami, a nie plotkami z Ministerstwa. Obydwa rody były stare i z tradycjami, czyste, zapewne o podobnych poglądach. Anthony był dziedzicem, a Rosie była śliczna i mądra, miała doskonałą opinię — a w związku z tym, trudno było to nazwać złym połączeniem lub też niechcianym. Miało to zapewnić im spokój na jakiś czas. On mógł odetchnąć od aluzji matki na temat ślubu, od kolejnych proponowanych mu panien i wywodów o tym, że powinien zacząć w końcu traktować swoje obowiązki poważnie, a ona mogła skupić się na nauce. Mieć spokój. Nikt przecież nie będzie się Rosie naprzykrzał, gdy miała za plecami Antka. Jakkolwiek irytujący by nie był, miał pozycję i wpływy. Wystarczyło, że czasem się gdzieś pokażą, a on będzie wysyłał jej drogie prezenty i stosy kwiatów, a ciągnięcie tej zbawiennej farsy rozpoczętej od niewinnej kradzieży, mogło być proste i przyjemne.
Nie znał jej dobrze, ale była znośna. Nie była przewidywalna i sztucznie pruderyjna, co niewątpliwie było atutem. Starał się skupiać na pozytywach, żeby nie zwariować. Nikt nie powiedział, że przechodzenie wewnętrznej przemiany będzie proste — ale no skoro chcieli dorosłego i odpowiedzialnego Borgina, to dostaną. Jemu i tak już było bez różnicy, bo przecież promienie słońca zdawały się na niego już nie padać, a raczej darzyło go ono nienawiścią. Została więc ciemność i ta jedna przypadkowa róża, która mogła być jego jedyną barwą w tym, co go otaczało. Miał dużo za złe dziadkowi, jeszcze więcej Staszkowi, ale żadnego z nich przecież nie mógłby nienawidzić, nawet jeśli niczego nie umieli zrozumieć.
Westchnął, przymykając oczy, czując, jak szumi mu w uszach i jak piecze go gardło, bo wiekowy alkohol był zwyczajnie mocny. Tłumił natłok myśli, pozwalał mu odpocząć. Czasem łapał się na beznamiętnym spoglądaniu w zawartość kieliszka lub też na przedramię jednej z rąk, a wówczas w jego głowie nie działo się absolutnie nic. Półmrok lokalu sprzyjał, skrywał w cieniu zmęczoną twarz i pozwalał zachowywać pozory. Wątłe światła z kandelabrów pozwalały dostrzegać dokładniej ich najbliższe otoczenie, a wszystko to, co było dalej, rozmazywało się i tworzyło ciemne, nudne plamy.
Nie miał pojęcia, że jego kolega, który tak otwarcie unikał obowiązków domowych, spotka Rosie i że ona zdecyduje się do tej dziury przyjść, bo przecież była ponadto. Nawet jeśli bycie damą nie było tym, co tkwiło w jej sercu, doskonale tworzyła pozory, wyuczona manier i uprzejmego, niewinnego zainteresowania. Tej życzliwości, której poniekąd od kobiet w jej wieku wymagano, bo tak wypadało. Miały chyba przypominać czyste i dobroduszne anioły, być uległe, co było — zdaniem Antka oczywiście, okropnie nudne. Może właśnie dlatego, że pod maską takiego anioła, Różyczka miała cienkie i ostre kolce, czekające tylko, żeby przeciąć skórę i posmakować krwi, wydawała mu się doskonałą szansą na zyskanie na czasie. Bo nie ma co się oszukiwać, nie zaproponowałby tego układu byle komu. Nie liczył oczywiście na miłość i żadne romantyczne uniesienie od swojej potencjalnej sztucznej bądź prawdziwej partnerki, ale pragnął, żeby była po prostu znośna i miała trochę rozumu, stanowczości i odwagi na tyle, aby wejść w nim dyskusje. Mieć swoje zdanie.
Zamrugał na dźwięk jej głosu, który w panujących warunkach, przypominał jakiś dzwon, który chyba chciał go przywołać do porządku. Nie była kelnerką, nie była szukającą zarobku kurwą, które było tak łatwo tu znaleźć.. I dlatego właśnie przekręcając głowę, ściągnął brwi i wyprostował się nieco, czując, jak napinają mu się ramiona. Nie zdawało mu się, chociaż jego pierwsze wypowiedzi to właśnie sugerowały. Odchrząknął, mrugając, a jego palce zacisnęły się na stojącym przed nim szkle.
- Nie jest ich aż tak wiele... - zaczął, nawiązując do ilości jego grzechów, jakby uraziła nieco jego dumę, jednak zaraz spoważniał i pokręcił głową. Oczywiście, że swoim towarzystwem uruchomiła w jego głowie pełne mechanizmy, poczucie odpowiedzialności, które przy jego uprzednim pragnieniu pełnego upojenia alkoholowego, krzyżowały plany. Nie mógł się powstrzymać przed krótkim przesunięciu po jej twarzy i ramionach spojrzeniem, ale nie było w tym nachalności czy obrzydlistwa, które zwykle miewali mężczyźni na widok tak ładnych kobiet. Czując jednak intensywność jej spojrzenia i słysząc sposób wypowiedzi, odszukał jej oczu i znów chrząknął, wymownie, siedząc już jak struna. Przez jego zmęczoną twarz przemykało zaskoczenie, ale i odrobina rozbawienia, ale próbował się nie roześmiać. Nie odzywał się, gdy siadała i wydała polecenia kelnerce, gdy wyjmowała papierosa. Po prostu się w nią wpatrywał, ale zanim kelnerka odeszła, przeniósł na nią wzrok.
- Upewnij się, że moja narzeczona dostanie alkohol lepszej jakości. - ton głosu wcale nie brzmiał, jak prośba, bardziej niczym rozkaz, a dłoń, która powędrowała w międzyczasie do kieszeni, rzuciła w stronę Claire galeona. Powrócił uwagą do swojej niespodziewanej towarzyszki, kłócąc się ze sobą — bo przecież z jednej strony, ta cholerna czarownica w ogóle nie powinna przebywać w takim miejscu i to jeszcze tak ubrana, a z drugiej wiedział, że nawet jeśli będzie robiła mu kazania, wieczór będzie ciekawszy. Westchnął ciężko, przymykając oczy. Napił się, zwilżając wargi, a ciepło znów rozniosło się po jego ciele, gdy alkohol trafił do żołądka.
- A martwisz? - zapytał z błyskiem w oczach, chcąc widocznie rozładować atmosferę. Przysunął się nieco bliżej jej, a spojrzeniem omiótł najbliższe stoliki, jakby chciał upewnić się, że żaden człowiek nie przygląda się jej zbyt nachalnie lub z głupim uśmiechem, a potem wyciągnął w jej stronę dłoń, gdy już wsunęła papierosa w usta. Nie zabrał jednak używki, ujął jej palce w swoje i przysunął, muskając wierzch dłoni wargami, a kciukiem zatoczył na skórze okręgi. - Oczywiście, że jesteś cudowną narzeczoną i jestem wdzięczny, za Twoją wyrozumiałość. Jednak na Merlina, Różyczko, to nie jest miejsce dla Ciebie. - zauważył z rezygnacją, zdając sobie sprawę, że jego słowa i tak niczego nie zmienią. Cofnął dłoń, sam sięgnął po papierosa — nowego, bo nie wiedział, co się stało właściwie ze starym. - Jestem przekonany, Panno Greengrass, że duch moich przeszłych grzechów, nie miałby formy róży. Dotyczy ona nowego rozdziału w mojej historii. Wiesz, że nie musisz tu ze mną tkwić, jeśli nie chcesz? Zapewne nie jestem w zbyt satysfakcjonującym Cię stanie.
Oparł się wygodnie, prostując pod stołem nogi i krzyżując je w kostkach. Chwilę wcześniej oczywiście zaproponował jej podpalenie papierosa gestem, tak, jak robił to ze swoim. Zaciągnął się, a dym trafił do płuc i spotęgował szumienie w uszach, kolejna fala dreszczy rozbiegała się po ciele. Był trochę pijany, owszem, ale czy on zwyczajnie nie wariował?
- Ty też masz ducha przeszłych grzechów? - zapytał nagle i z zainteresowaniem, odwracając głowę w stronę kobiety. Z trudem powstrzymał się przed zgarnięciem jednego z niesfornych, pięknych pukli za jej ucho.
Nie znał jej dobrze, ale była znośna. Nie była przewidywalna i sztucznie pruderyjna, co niewątpliwie było atutem. Starał się skupiać na pozytywach, żeby nie zwariować. Nikt nie powiedział, że przechodzenie wewnętrznej przemiany będzie proste — ale no skoro chcieli dorosłego i odpowiedzialnego Borgina, to dostaną. Jemu i tak już było bez różnicy, bo przecież promienie słońca zdawały się na niego już nie padać, a raczej darzyło go ono nienawiścią. Została więc ciemność i ta jedna przypadkowa róża, która mogła być jego jedyną barwą w tym, co go otaczało. Miał dużo za złe dziadkowi, jeszcze więcej Staszkowi, ale żadnego z nich przecież nie mógłby nienawidzić, nawet jeśli niczego nie umieli zrozumieć.
Westchnął, przymykając oczy, czując, jak szumi mu w uszach i jak piecze go gardło, bo wiekowy alkohol był zwyczajnie mocny. Tłumił natłok myśli, pozwalał mu odpocząć. Czasem łapał się na beznamiętnym spoglądaniu w zawartość kieliszka lub też na przedramię jednej z rąk, a wówczas w jego głowie nie działo się absolutnie nic. Półmrok lokalu sprzyjał, skrywał w cieniu zmęczoną twarz i pozwalał zachowywać pozory. Wątłe światła z kandelabrów pozwalały dostrzegać dokładniej ich najbliższe otoczenie, a wszystko to, co było dalej, rozmazywało się i tworzyło ciemne, nudne plamy.
Nie miał pojęcia, że jego kolega, który tak otwarcie unikał obowiązków domowych, spotka Rosie i że ona zdecyduje się do tej dziury przyjść, bo przecież była ponadto. Nawet jeśli bycie damą nie było tym, co tkwiło w jej sercu, doskonale tworzyła pozory, wyuczona manier i uprzejmego, niewinnego zainteresowania. Tej życzliwości, której poniekąd od kobiet w jej wieku wymagano, bo tak wypadało. Miały chyba przypominać czyste i dobroduszne anioły, być uległe, co było — zdaniem Antka oczywiście, okropnie nudne. Może właśnie dlatego, że pod maską takiego anioła, Różyczka miała cienkie i ostre kolce, czekające tylko, żeby przeciąć skórę i posmakować krwi, wydawała mu się doskonałą szansą na zyskanie na czasie. Bo nie ma co się oszukiwać, nie zaproponowałby tego układu byle komu. Nie liczył oczywiście na miłość i żadne romantyczne uniesienie od swojej potencjalnej sztucznej bądź prawdziwej partnerki, ale pragnął, żeby była po prostu znośna i miała trochę rozumu, stanowczości i odwagi na tyle, aby wejść w nim dyskusje. Mieć swoje zdanie.
Zamrugał na dźwięk jej głosu, który w panujących warunkach, przypominał jakiś dzwon, który chyba chciał go przywołać do porządku. Nie była kelnerką, nie była szukającą zarobku kurwą, które było tak łatwo tu znaleźć.. I dlatego właśnie przekręcając głowę, ściągnął brwi i wyprostował się nieco, czując, jak napinają mu się ramiona. Nie zdawało mu się, chociaż jego pierwsze wypowiedzi to właśnie sugerowały. Odchrząknął, mrugając, a jego palce zacisnęły się na stojącym przed nim szkle.
- Nie jest ich aż tak wiele... - zaczął, nawiązując do ilości jego grzechów, jakby uraziła nieco jego dumę, jednak zaraz spoważniał i pokręcił głową. Oczywiście, że swoim towarzystwem uruchomiła w jego głowie pełne mechanizmy, poczucie odpowiedzialności, które przy jego uprzednim pragnieniu pełnego upojenia alkoholowego, krzyżowały plany. Nie mógł się powstrzymać przed krótkim przesunięciu po jej twarzy i ramionach spojrzeniem, ale nie było w tym nachalności czy obrzydlistwa, które zwykle miewali mężczyźni na widok tak ładnych kobiet. Czując jednak intensywność jej spojrzenia i słysząc sposób wypowiedzi, odszukał jej oczu i znów chrząknął, wymownie, siedząc już jak struna. Przez jego zmęczoną twarz przemykało zaskoczenie, ale i odrobina rozbawienia, ale próbował się nie roześmiać. Nie odzywał się, gdy siadała i wydała polecenia kelnerce, gdy wyjmowała papierosa. Po prostu się w nią wpatrywał, ale zanim kelnerka odeszła, przeniósł na nią wzrok.
- Upewnij się, że moja narzeczona dostanie alkohol lepszej jakości. - ton głosu wcale nie brzmiał, jak prośba, bardziej niczym rozkaz, a dłoń, która powędrowała w międzyczasie do kieszeni, rzuciła w stronę Claire galeona. Powrócił uwagą do swojej niespodziewanej towarzyszki, kłócąc się ze sobą — bo przecież z jednej strony, ta cholerna czarownica w ogóle nie powinna przebywać w takim miejscu i to jeszcze tak ubrana, a z drugiej wiedział, że nawet jeśli będzie robiła mu kazania, wieczór będzie ciekawszy. Westchnął ciężko, przymykając oczy. Napił się, zwilżając wargi, a ciepło znów rozniosło się po jego ciele, gdy alkohol trafił do żołądka.
- A martwisz? - zapytał z błyskiem w oczach, chcąc widocznie rozładować atmosferę. Przysunął się nieco bliżej jej, a spojrzeniem omiótł najbliższe stoliki, jakby chciał upewnić się, że żaden człowiek nie przygląda się jej zbyt nachalnie lub z głupim uśmiechem, a potem wyciągnął w jej stronę dłoń, gdy już wsunęła papierosa w usta. Nie zabrał jednak używki, ujął jej palce w swoje i przysunął, muskając wierzch dłoni wargami, a kciukiem zatoczył na skórze okręgi. - Oczywiście, że jesteś cudowną narzeczoną i jestem wdzięczny, za Twoją wyrozumiałość. Jednak na Merlina, Różyczko, to nie jest miejsce dla Ciebie. - zauważył z rezygnacją, zdając sobie sprawę, że jego słowa i tak niczego nie zmienią. Cofnął dłoń, sam sięgnął po papierosa — nowego, bo nie wiedział, co się stało właściwie ze starym. - Jestem przekonany, Panno Greengrass, że duch moich przeszłych grzechów, nie miałby formy róży. Dotyczy ona nowego rozdziału w mojej historii. Wiesz, że nie musisz tu ze mną tkwić, jeśli nie chcesz? Zapewne nie jestem w zbyt satysfakcjonującym Cię stanie.
Oparł się wygodnie, prostując pod stołem nogi i krzyżując je w kostkach. Chwilę wcześniej oczywiście zaproponował jej podpalenie papierosa gestem, tak, jak robił to ze swoim. Zaciągnął się, a dym trafił do płuc i spotęgował szumienie w uszach, kolejna fala dreszczy rozbiegała się po ciele. Był trochę pijany, owszem, ale czy on zwyczajnie nie wariował?
- Ty też masz ducha przeszłych grzechów? - zapytał nagle i z zainteresowaniem, odwracając głowę w stronę kobiety. Z trudem powstrzymał się przed zgarnięciem jednego z niesfornych, pięknych pukli za jej ucho.