Agnès. Tak. Agnès rzeczywiście mogła być tą właśnie osobą, której znajomości byłyby w stanie pomóc Matthiasowi. Ciotka znała... zdawało się, że wszystkich, których znać należało. Jeśli uważała, że dana znajomość mogła jej się kiedyś przydać, to wybrana przez nią osoba nagle znajdywała się na celowniku. Zaczynały się mniej lub bardziej przypadkowe spotkania. Próby nawiązania niezobowiązujących rozmów. Zaproszenia na przyjęcia. W wielu przypadkach zdawało się to przynosić całkiem niezłe efekty.
- Na pewno. Ciocia Agnès, ona chyba zna wszystkich. - uśmiechnęła się, po prawdzie będąc zadowoloną, że sama nie musiała próbować się od tego rodzaju pomocy wykręcić. Wolałaby się za dalekim krewnym tak szybko nie wstawiać. Za krótko i przede wszystkim nie dość dobrze znała Matthiasa. Wydawał jej się całkiem sympatyczny, ale śpieszyć się Celine nie zamierzała. Z niczym. - Oh. - na szczęście w kwestii pani Avery, łatwo było jej odmówić. Nie była blisko z tą rodziną. Jedynie co, to kilka osób o tym nazwisku kojarzyła z widzenia. Raczej nie planowała tego zmieniać. Takiej potrzeby zwyczajnie nie miała. Nie odczuwała. - Bardzo bym chciała Ci pomóc, Matthias, naprawdę. - tutaj musiała wzbić się na wyżyny swoich skromnych, aktorskich zdolności. - Nie znam jednak zbyt dobrze nikogo z tej rodziny. Sama też nigdy do tej organizacji nie należałam.
Powinna być wystarczająco przekonująca. Zresztą, dlaczego niby miałby jej w tym aspekcie nie zaufać? Nie uwierzyć temu, co mówiła? Matthias nie miał do tego tak naprawdę praktycznie żadnych podstaw. Oczywiście cały ten brak zaufania nie musiał być uzasadniony, ale może aż tak daleko się w to nie zagłębiajmy.
Kiedy kuzyn zgodził się, że mogą już udać się w kierunku tej nieszczęsnej widowni, ruszyła wraz z nim w odpowiednim kierunku. W ogóle przy tym nie pomyślała, że szklanki wypadałoby odnieść do jakiegoś punktu zwrotu naczyń czy czegoś podobnego. Nie była przyzwyczajona do tego, że cokolwiek musiała po sobie odnosić. Gdyby ktoś ją teraz o takiej konieczności poinformował, uznałaby że panują tutaj iście barbarzyńskie zwyczaje. I że najpewniej nigdy się do tego nie zdoła przyzwyczaić. Nie, żeby chciała się do tych jarmarcznych klimatów przyzwyczaić. Nie oszukujmy się może w tym temacie. To przecież całkiem bez sensu.
W międzyczasie wcześniejsze występy dobiegły końca, a w ich miejsce zaczęły się następne. Widać podziwianie tego, co przygotowali przedstawiciele Artemis nie było im niestety dane. Nie tym razem.
- O, proszę. Departament Przestrzegania Prawa. - zauważyła, kiedy do jej uszu dotarły pierwsze słowa Millie Moody. Te, które wygłaszała właśnie na scenie. Nawet rzuciła przy okazji okiem na scenę. Tyle tylko, że im bliżej byli, tym mniej dane było im zauważyć. Ot, im dalej w las tym więcej drzewa, a w tym przypadku - po prostu wyższych od panny Delacour czarodziejów.