07.07.2024, 16:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2024, 16:50 przez Annaleigh Dolohov.)
Czasami zazdrościła tej możliwości pozostania w cieniu. Mierzwiło ją to jak łatwo mogła stać się ofiarą plotek i jak łase na informację z jej życia bywało społeczeństwo, szczególnie, gdy pojawiła się z mężem u boku. A najgorsze było, że ludzie nie kojarzyli jej jako Annaleigh. Nie, patrząc na nią widzieli nikogo innego jak żonę Dolohova. Była oceniana przez pryzmat męża, a jej zachowanie wpływało na jego reputację, która przecież i tak była najważniejsza.
Czasami naprawdę zastanawiała się, czy jej matka wręczając ją fiolkę z eliksirem miłosnym w ogóle miała na względzie jej dobro, jak zawsze zakładała, czy było to jedynie kłamstwo. I wszystko rozchodziło się jedynie o pieniądze i korzystne powiązania, do których można ją było wykorzystać.
Czy bez małżeństwa mogłaby być jednak szczęśliwsza?
W tej chwili była gotowa przyznać, że tak, za późno jednak zaczęła zdawać sobie z tego sprawę. Miałaby z głowy tak wiele problemów, mogłaby całkowicie oddać się swojej pasji, mogła odpuścić wszystkie te wizyty na przyjęciach pełnych fałszywych uśmiechów, nudnych rozmówek i mogła upiec tego przeklętego kurczaka, zamiast jedynie go postraszyć.
A jednak, brała kolejny głęboki wdech, próbując całą sytuację znieść z taką ilością gracji, jaką można było emanować w chwili, gdy porastało się kurzymi piórami.
- Obsługa w tym domu i tak widać nie ma nic w tych swoich czaszkach, nie byłaby więc to zbyt duża strata. Najwyżej kolejna atrakcja, niewiele odbiegająca od tych, jakie są tu zapewniane. - Mówiła chłodno, choć gdzieś na jej twarzy błąkał się nikły uśmiech. Skinęła głową, już wcześniej planując pójść do gospodarza i poinformować go nie tylko o aferze kurczakowej, ale może i o tym, jak łatwo udało się wkraść na przyjęcie samozwańczemu asystentowi Vakela. Ot, dla poprawy ewentualnych następnych przyjęć, które postanowi zorganizować świeżo upieczone małżeństwo.
Sama na miejscu Vespery i Perseusza pilnowałaby wszystkiego tak, by nic nie odbiegło tego wieczora od perfekcji. Oni widać mieli inne podejście.
Skinęła z wdzięcznością, gdy Rodolphus użyczył jej swojej marynarki, posyłając mu szczery uśmiech.
- Dobrze wiedzieć, że można jeszcze liczyć na tym świecie na odrobinę dobrych manier. Widać jest jeszcze nadzieja dla tego rodu. - Westchnęła, myśląc o swoim rodzeństwie, które przyniosło ostatnio w większości kłopoty. Miło było czuć się raz na jakiś czas tą, którą ktoś się zaopiekował, a nie, jak zwykle bywało, na odwrót.
Przemykała przez salę bokiem, otulając się materiałem, który na całe szczęście zasłonił miejsca pokryte pierzem. Miała nadzieję, że nikt, poza oczywistym świadkiem całego zdarzenia, nie widział jej w tym stanie. Najgorszy byłyby ten biegający ze swoim aparatem reporter, zdawało się jednak, że zamieszanie na sali zdecydowanie przyćmiewało ich mały marsz wstydu.
Rozstała się z kuzynem przed damską łazienką, wchodząc do niej, jeszcze mocniej przyciskając do skóry marynarkę. Wzrokiem odszukała stojące niedaleko umywalek buteleczki, niemalże od razu rozpoznając wspomniane wcześniej antidotum. Przyjrzała się jego konsystencji, uznając je za znośne, choć sama pewnie wykonałaby lepsze, po czym na próbę polała nim kawałek skóry. Widząc, jak te powoli odpadają, zabrała się do skrupulatnego pozbywania się całego zdobytego upierzenia.
Czuła się zmęczona. Nie tylko tym dniem, ale chyba powoli wszystkim, co się wokół niej działo.
Różdżką pozbyła się piór, które spadły na podłogę, odłożyła resztę eliksiru na miejsce, czując, że może się jeszcze komuś ono przydać, po czym wyszła z łazienki, marynarkę niosąc już przewieszoną przez ramię.
Dostrzegła stojącego już przed ubikacjami Rodolphusa i oddała mu jego część garderoby.
- Dziękuję, na szczęście udało się opanować sytuację. U ciebie mam nadzieję eliksir też zadziała? - zapytała, marszcząc brwi, doszukując się niemalże lekarskim spojrzeniem ewentualnych pozostałości przeklętego rosołu. Nie widząc żadnych westchnęła, potarła skroń i spojrzała na salę, wyszukując wzrokiem pana młodego.
- Myślę, że czas zgłosić drobne zażalenie co do jakości służących dziś nam person. - Przygryzła policzek, po czym wyprostowała się i z całą godnością jaką potrafiła przywołać ruszyła w głąb sali.
Czasami naprawdę zastanawiała się, czy jej matka wręczając ją fiolkę z eliksirem miłosnym w ogóle miała na względzie jej dobro, jak zawsze zakładała, czy było to jedynie kłamstwo. I wszystko rozchodziło się jedynie o pieniądze i korzystne powiązania, do których można ją było wykorzystać.
Czy bez małżeństwa mogłaby być jednak szczęśliwsza?
W tej chwili była gotowa przyznać, że tak, za późno jednak zaczęła zdawać sobie z tego sprawę. Miałaby z głowy tak wiele problemów, mogłaby całkowicie oddać się swojej pasji, mogła odpuścić wszystkie te wizyty na przyjęciach pełnych fałszywych uśmiechów, nudnych rozmówek i mogła upiec tego przeklętego kurczaka, zamiast jedynie go postraszyć.
A jednak, brała kolejny głęboki wdech, próbując całą sytuację znieść z taką ilością gracji, jaką można było emanować w chwili, gdy porastało się kurzymi piórami.
- Obsługa w tym domu i tak widać nie ma nic w tych swoich czaszkach, nie byłaby więc to zbyt duża strata. Najwyżej kolejna atrakcja, niewiele odbiegająca od tych, jakie są tu zapewniane. - Mówiła chłodno, choć gdzieś na jej twarzy błąkał się nikły uśmiech. Skinęła głową, już wcześniej planując pójść do gospodarza i poinformować go nie tylko o aferze kurczakowej, ale może i o tym, jak łatwo udało się wkraść na przyjęcie samozwańczemu asystentowi Vakela. Ot, dla poprawy ewentualnych następnych przyjęć, które postanowi zorganizować świeżo upieczone małżeństwo.
Sama na miejscu Vespery i Perseusza pilnowałaby wszystkiego tak, by nic nie odbiegło tego wieczora od perfekcji. Oni widać mieli inne podejście.
Skinęła z wdzięcznością, gdy Rodolphus użyczył jej swojej marynarki, posyłając mu szczery uśmiech.
- Dobrze wiedzieć, że można jeszcze liczyć na tym świecie na odrobinę dobrych manier. Widać jest jeszcze nadzieja dla tego rodu. - Westchnęła, myśląc o swoim rodzeństwie, które przyniosło ostatnio w większości kłopoty. Miło było czuć się raz na jakiś czas tą, którą ktoś się zaopiekował, a nie, jak zwykle bywało, na odwrót.
Przemykała przez salę bokiem, otulając się materiałem, który na całe szczęście zasłonił miejsca pokryte pierzem. Miała nadzieję, że nikt, poza oczywistym świadkiem całego zdarzenia, nie widział jej w tym stanie. Najgorszy byłyby ten biegający ze swoim aparatem reporter, zdawało się jednak, że zamieszanie na sali zdecydowanie przyćmiewało ich mały marsz wstydu.
Rozstała się z kuzynem przed damską łazienką, wchodząc do niej, jeszcze mocniej przyciskając do skóry marynarkę. Wzrokiem odszukała stojące niedaleko umywalek buteleczki, niemalże od razu rozpoznając wspomniane wcześniej antidotum. Przyjrzała się jego konsystencji, uznając je za znośne, choć sama pewnie wykonałaby lepsze, po czym na próbę polała nim kawałek skóry. Widząc, jak te powoli odpadają, zabrała się do skrupulatnego pozbywania się całego zdobytego upierzenia.
Czuła się zmęczona. Nie tylko tym dniem, ale chyba powoli wszystkim, co się wokół niej działo.
Różdżką pozbyła się piór, które spadły na podłogę, odłożyła resztę eliksiru na miejsce, czując, że może się jeszcze komuś ono przydać, po czym wyszła z łazienki, marynarkę niosąc już przewieszoną przez ramię.
Dostrzegła stojącego już przed ubikacjami Rodolphusa i oddała mu jego część garderoby.
- Dziękuję, na szczęście udało się opanować sytuację. U ciebie mam nadzieję eliksir też zadziała? - zapytała, marszcząc brwi, doszukując się niemalże lekarskim spojrzeniem ewentualnych pozostałości przeklętego rosołu. Nie widząc żadnych westchnęła, potarła skroń i spojrzała na salę, wyszukując wzrokiem pana młodego.
- Myślę, że czas zgłosić drobne zażalenie co do jakości służących dziś nam person. - Przygryzła policzek, po czym wyprostowała się i z całą godnością jaką potrafiła przywołać ruszyła w głąb sali.
Koniec sesji