To nie była prawda, przynajmniej nie w całości. Owszem, obrzydliwi ludzie zapisywali się w historii ale tylko wtedy, kiedy czynili obrzydliwości adekwatnie akceptowalne, jak morderstwa, zbrodnie, przewroty. Grzechy pragnień zostawały zepchnięte na marginesy, cenzurowane i wycinane. Kim byłby w biografii Vasilija Dolohova? Przypisem pod fotografią ze szkolnych lat, senior prefektów.
Przygryzł wargę, aż zabolało, ale nie przeciął skóry. Jeszcze. Zacisnął jednak dłonie, wcześniej swobodnie (kłamstwo) zwieszone wzdłuż ciała, na blacie za sobą, aż zabolały go opuszki. Ostatecznie i tak miał umrzeć młodo, czyż nie? Pamiętał, jak powiedziała mu to matka, a właściwie bogowie losu jej ustami. Nigdy jej nie powiedział o tej przepowiedni, że umrze na polu hiacyntów, tylko unikał tych kwiatów. Nie miało więc żadnego znaczenia, co zrobi. Kim będzie w notatkach z życiorysu wielkiego władcy niebios i zapisanych w nich sekretów.
Odepchnął się biodrami od stołu.
— Przepraszam, Vasiyenka — powiedział, skracając gwałtownie dystans między nimi, żeby lekko schylić głowę i ucałować kącik jego ust zaledwie. Nigdy tego nie robił, nie całował innego chłopaka, nawet jeżeli to było tylko tyle, przeprosiny i nieśmiały buziak. Wiedziony odwagą chwili, dudnieniem serca, złożył kolejny pocałunek, tym razem na szczycie kości policzkowej; miejsca brzegowe styku, gdzie te kilka nocy wcześniej wylądowały jego palce w brutalnej próbie zainicjowania jedynego sposobu na bliskość między mężczyznami, jaki znał. Powstrzymywał się, nawet jeśli jego intencje były bardzo jasne.
— Przepraszam. Za wtedy i teraz. Nie mów nikomu... — zalała go panika, jeszcze większa niż wcześniej, a wszystko o czym mógł myśleć, to zapach czystej skóry Dolohova, który teraz wrzynał mu się w nos, nie ważne, że już nie był blisko. Miał ochotę uciec, a jednocześnie nogi wrosły mu w podłogę i nie mógł się ruszyć.
Chciał znów go dotykać, wrócić do tej chwili sprzed sekund, gdy Vakel był kamień po wiekach deszczu, wszystkie ostre, gryzące krawędzie wygładzone przez czas w coś, czego nie sposób było nie dotykać, raz po raz przesuwając palcami, zachwycając się małym cudem miękkości tam, gdzie się go nie spodziewał.
Uczucie nadchodzącego końca świata wepchnęło się w jego klatkę piersiową i umościło wygodnie na dnie płuc, nie pozwalając mu na głębszy oddech.