07.07.2024, 19:34 ✶
Ogród, wychodzę naprzeciw Vakelowi
Gdy Peregrinus pojawił się przed Vakelem w sali bankietowej, nie był w widoczny sposób spanikowany. A przynajmniej nie dla przeciętnego oka. Miał wprawnie opanowane utrzymywanie kamiennej twarzy i obojętnej pozy, na pozór nie do naruszenia przez okoliczności zewnętrzne. Były jednak drobne wskazówki, które go zdradzały: jakby coś buzowało w nim podskórnie, próbując wydobyć się na powierzchnię. Wybijało momentami nieco zbyt raptownym gestem czy niespokojnym spojrzeniem.
Dopiero w ogrodzie udało się czarodziejowi uspokoić szumiące w głowie myśli, odzyskać zwyczajową równowagę. Nim więc wyszedł na spotkanie Vakelowi, pokonał drogę przez całą skalę emocji i od wzburzenia dotarł do gorzkawej melancholii.
Tym bardziej, że widok wróżbity zmierzającego w jego kierunku pchnął go ku kolejnej introspekcji.
Bo jak miał sobie samemu wytłumaczyć, że tam, na balu, jak oszołomiony, zbity pies pobiegł za instynktem prosto do niego?
Trelawney zszedł ze ścieżki wijącej się pomiędzy krzewami i czarno-czerwonymi różami; połączeniem kolorów, które przez ten krótki wieczór zdążyło mu już zbrzydnąć. Zdjął wcześniej marynarkę, teraz niósł ją przerzuconą przez ramię; włosy powoli zaczynały uwalniać się spod żelu, tu i ówdzie tworząc pojedyncze odstające kędziory. Wzburzenie wyparowało, wzrok miał spokojny i bystry, choć nieco przygaszony zmęczeniem.
— Wszystko w porządku? Co takiego kółko astronomów zrzuciło przy stole? — Gdy stanęli naprzeciw siebie, zaczął od jego problemów, o których nie miał w zasadzie wcześniej głowy pomyśleć. Nazbyt zajęty był odtwarzaniem w głowie tańca z Millie, raz po raz, dopóki wszystko nie zaczęło mu się do szczętu mieszać.
Osobisty wstrząs Peregrinusa swoją drogą, ale to, co zamknęło usta Dolohova, również szczerze go zaciekawiło. Nie był to widok codzienny i w pierwszym odruchu ciężko było mu sobie wyobrazić, cóż takiego było źródłem podobnej reakcji.
— Zamierzałem poprosić, żebyś przekazał Lyssie, że wyszedłem, jeśli by mnie szukała. To nie mój rodzaj zabawy. Zdaje się jednak, że i pan nie ma najlepszego wieczora, mistrzu. — Spojrzał na chwilę ponad ramieniem wróżbity na salę weselną, jakby czegoś tam szukał, ale szybko zrezygnował i skupił się na powrót na Vakelu. — Kobiety Praw Czasu są tutaj. Skorzystam chyba, mimo pory, z okazji na niezmącony spokój w kamienicy i przysiądę nad czymś na trochę.
W normalnych warunkach naturalnym krokiem ku ochłonięciu i chwili spokoju byłby zapewne powrót do domu. Na spokój w domu Trelawneyów nie było jednak co liczyć. Nie chodziło nawet o to, że matka koniecznie będzie coś robić. Wystarczyło, że tam była, że czuł jej obecność za drzwiami, że miał jej świadomość. Siedział w tym przeklętym mieszkaniu zawsze jak na szpilkach, spięty, oczekujący podświadomie kolejnego ataku jej manii. Nie, to nie było dobre miejsce na relaks, dlatego — jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało — odpoczywać szedł tam, gdzie pracował.
Po chwilowej pauzie Peregrinus zakończył:
— Wróci pan ze mną, panie Dolohov?
Gdy Peregrinus pojawił się przed Vakelem w sali bankietowej, nie był w widoczny sposób spanikowany. A przynajmniej nie dla przeciętnego oka. Miał wprawnie opanowane utrzymywanie kamiennej twarzy i obojętnej pozy, na pozór nie do naruszenia przez okoliczności zewnętrzne. Były jednak drobne wskazówki, które go zdradzały: jakby coś buzowało w nim podskórnie, próbując wydobyć się na powierzchnię. Wybijało momentami nieco zbyt raptownym gestem czy niespokojnym spojrzeniem.
Dopiero w ogrodzie udało się czarodziejowi uspokoić szumiące w głowie myśli, odzyskać zwyczajową równowagę. Nim więc wyszedł na spotkanie Vakelowi, pokonał drogę przez całą skalę emocji i od wzburzenia dotarł do gorzkawej melancholii.
Tym bardziej, że widok wróżbity zmierzającego w jego kierunku pchnął go ku kolejnej introspekcji.
Bo jak miał sobie samemu wytłumaczyć, że tam, na balu, jak oszołomiony, zbity pies pobiegł za instynktem prosto do niego?
Trelawney zszedł ze ścieżki wijącej się pomiędzy krzewami i czarno-czerwonymi różami; połączeniem kolorów, które przez ten krótki wieczór zdążyło mu już zbrzydnąć. Zdjął wcześniej marynarkę, teraz niósł ją przerzuconą przez ramię; włosy powoli zaczynały uwalniać się spod żelu, tu i ówdzie tworząc pojedyncze odstające kędziory. Wzburzenie wyparowało, wzrok miał spokojny i bystry, choć nieco przygaszony zmęczeniem.
— Wszystko w porządku? Co takiego kółko astronomów zrzuciło przy stole? — Gdy stanęli naprzeciw siebie, zaczął od jego problemów, o których nie miał w zasadzie wcześniej głowy pomyśleć. Nazbyt zajęty był odtwarzaniem w głowie tańca z Millie, raz po raz, dopóki wszystko nie zaczęło mu się do szczętu mieszać.
Osobisty wstrząs Peregrinusa swoją drogą, ale to, co zamknęło usta Dolohova, również szczerze go zaciekawiło. Nie był to widok codzienny i w pierwszym odruchu ciężko było mu sobie wyobrazić, cóż takiego było źródłem podobnej reakcji.
— Zamierzałem poprosić, żebyś przekazał Lyssie, że wyszedłem, jeśli by mnie szukała. To nie mój rodzaj zabawy. Zdaje się jednak, że i pan nie ma najlepszego wieczora, mistrzu. — Spojrzał na chwilę ponad ramieniem wróżbity na salę weselną, jakby czegoś tam szukał, ale szybko zrezygnował i skupił się na powrót na Vakelu. — Kobiety Praw Czasu są tutaj. Skorzystam chyba, mimo pory, z okazji na niezmącony spokój w kamienicy i przysiądę nad czymś na trochę.
W normalnych warunkach naturalnym krokiem ku ochłonięciu i chwili spokoju byłby zapewne powrót do domu. Na spokój w domu Trelawneyów nie było jednak co liczyć. Nie chodziło nawet o to, że matka koniecznie będzie coś robić. Wystarczyło, że tam była, że czuł jej obecność za drzwiami, że miał jej świadomość. Siedział w tym przeklętym mieszkaniu zawsze jak na szpilkach, spięty, oczekujący podświadomie kolejnego ataku jej manii. Nie, to nie było dobre miejsce na relaks, dlatego — jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało — odpoczywać szedł tam, gdzie pracował.
Po chwilowej pauzie Peregrinus zakończył:
— Wróci pan ze mną, panie Dolohov?
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie