07.07.2024, 21:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2024, 21:28 przez Oleander Crouch.)
Pożądanie sprawiało, że czuł się chciany - stawiano go w centrum uwagi. Bez troskliwego dotyku cudzych oczu wiądł; doniczkowe, wystawowe kwiaty mają to do siebie, że w przeciwieństwie do swoich wolnych braci wymagają zbyt dużo uwagi, bo inaczej umrą, choćby i ze złośliwości, wzbudzając uczucia, choć już nie te pozytywne. Crouchowi było zazwyczaj wszystko jedno czy ktoś go ubóstwia czy też szczerze nienawidzi, liczyło się, że pozostanie głównym tematem rozmowy. Nie jednak, gdy w grę wchodził Desmond - dla niego postanowił być inny, sam właściwie nie był w stanie opisać dlaczego, pałał do niego uczuciami o których sam potrafił dotychczas wypowiedzieć się jedynie w nutach, wygrywając utwory dla czterech ścian własnego przestronnego salonu. Uwielbiał te zawieszone w czasie chwile uniesienia, w których czuł się jakby był jedyną osobą na świecie, po którą chce się wyciągnąć rękę; opuszki palców spotykające się z oporem materiału, aby skosztować miękkiej skóry. Aczkolwiek pożądać nie trzeba jedynie ciała, Oleander lgnął również do tych, którzy słuchali jego muzyki i równie rytmicznych wypowiedzi, do tych którzy dotrzymywali mu towarzystwa po wieczornych koncertach w zagranicznych halach. Jego głód nigdy nie był zaspokojony, po poprzedniej osobie przychodziła kolejna, a w samotności z godziny na godzinę czuł się coraz bardziej pusty. Jak pianino bez płyty, bez jej złoceń, wprawiających struny w ruch młoteczków, wymyślnych zdobień. Zawsze się zastanawiał dlaczego wszystkie te przepiękne części instrumentu ukrywały się wewnątrz? Sam przedmiot zachęcał jedynie przybrudzoną bielą kości słoniowej klawiszy oraz niepozornością kunsztownie wykończonego drewna.
Jego naturalnie zielone oczy pociemniały w przypływie nagłego lęku, który zawładnął klatką piersiową. Nałożony na jasną barwę ciepły brąz pozostał w innym wymiarze, bez zamglonych ścieżek fantazji sennych. Piegi obsypujące jego lico przypominały gwiazdozbiory na nocnym niebie, choć ich barwy zestawione były w negatywie.
Bycie użytym wydawało się ulgą, spełnieniem wewnętrznych pragnień, zbyt spowitych w podświadomej mgle, aby wyszły na jawę, poza tę niewielką, zepsutą fantazję zza drugiej strony lustra. Westchnął z pewnym zrezygnowaniem, gdy blondyn się odsunął, jakoby cała reszta sceny mało go obchodziła, a złapane przed chwilą pióro nie istniało. Dziwnie rytmiczne kroki słonia i jego jasne kości rozmazały się Crouchowi przed oczyma, z początku nie rozumiał dlaczego, aby po chwili poczuć na obojczyku mokrość słonych łez. Taka reakcja jego ciała - bądź też, w tymże wypadku duszy, skoro znajdowali się we śnie - była widocznym zaskoczeniem nawet dla niego samego.
Wysłuchał wypowiedzi Desmonda o piekle, o tym, że ktoś na niego czeka, o pieniądzach. Dlaczego niby miałoby się to liczyć? Parsknął przez łzy, a jego dotąd dość spokojna i melancholijna twarz wygięła się w grymasie. Mimo to, wydawał się pogodzony z tym, co ma zaraz nastąpić - jakby od początku wiedział, że dokładnie w ten sposób wszystko powinno się potoczyć, jakby całe dotychczasowe życie przygotowywało go do tego momentu.
W spadającej z twarzy łzie odbił się obraz oblanej słońcem letniej łąki zanim zniknęła w otchłani czerni.
- Po co martwisz się tym, że ktokolwiek na ciebie czeka? Przecież jesteś ze mną. Reszta jest nieistotna. Tak samo powtarzalna jak kolejne galeony wyrzucane z kieszeni. Pieniądze nie mają znaczenia, nigdy nie miały. Są tak samo błahe i wytarte jak ludzkie pragnienia. Niewystarczająco silne, aby byli zdolni poświęcić się w imię prawdziwego odczuwania. Są za słabi, to dlatego. To może być faktycznym piekłem, jak tak teraz o tym myślę. - spojrzał na Desmonda raz jeszcze, tym razem uśmiechając się i nie bacząc na spływające łzy. Jedynym wspomnieniem wcześniejszego grymasu były wilgotne, pachnące solą ślady na policzkach.
- Nie mamy dużo czasu. Nie pozwól, aby to poszło na marne, tego bym ci nie wybaczył. - odparł enigmatycznie na, jak sobie teraz uświadomił, pożegnanie i ruszył przed siebie.
Po przeprawie przez ciągle opadającą w jedną stronę wagę, stanął na przeciwnym jej brzegu i spojrzał na przyjaciela z dystansu. Wydawało się, jakby dzieląca ich ciemność była pluskającą wodą, czy tak właśnie czuli się ludzie stojąc na piaszczystych wybrzeżach Styksu? Waga uniosła go odrobinę do góry, bezlitośnie zanurzając się w krwawy cień nagle rwącej rzeki. Czas był bezwzględny i choć każdy starał się tańczyć swego życiowego walca jak najzgrabniej, tak nie jednemu powinęła się noga przedwcześnie. Śmierć nie brała jeńców, chociażby i taka metaforyczna. Oleander nie zniósłbym rozłąki z Desmondem na zawsze, widząc twarz przyjaciela w oddali i słysząc, że szum nokturalnej rzeki oddala się z każdą kolejną sekundą, ostatkiem woli, czując jak jawa skrada się z krzykliwymi tonami ostrych dźwięków o kwintę za wysoko nastrojonego pianina, bez wysiłku sprawił, że jego wcześniej schludnie przycięte paznokcie zmieniły się w ostre szpony.
Wyrwanie sobie serca i ustawienie go na wadze wydało się ulgą w przeciwieństwie do reakcji, z jaką się spotkał, gdy wyznał Malfoyowi swoje uczucia pare tygodni temu. Ostatkiem czucia w obumierających palcach poczuł, że w tej sennej fantazji czas okazał się łaskawie cofać, a waga zrównywać, wyłaniając Desmonda z rwącego strumienia czerni.
Obudził się w blasku zachodzącego, marokańskiego słońca czując, że nie może oddychać. Zamiast głośnego, histerycznego płaczu, zatopił mokrą od łez twarz w leżący na podłodze wykwintnie zdobionej łaźni ręczniku.
Chciał wrócić do domu.
Jego naturalnie zielone oczy pociemniały w przypływie nagłego lęku, który zawładnął klatką piersiową. Nałożony na jasną barwę ciepły brąz pozostał w innym wymiarze, bez zamglonych ścieżek fantazji sennych. Piegi obsypujące jego lico przypominały gwiazdozbiory na nocnym niebie, choć ich barwy zestawione były w negatywie.
Bycie użytym wydawało się ulgą, spełnieniem wewnętrznych pragnień, zbyt spowitych w podświadomej mgle, aby wyszły na jawę, poza tę niewielką, zepsutą fantazję zza drugiej strony lustra. Westchnął z pewnym zrezygnowaniem, gdy blondyn się odsunął, jakoby cała reszta sceny mało go obchodziła, a złapane przed chwilą pióro nie istniało. Dziwnie rytmiczne kroki słonia i jego jasne kości rozmazały się Crouchowi przed oczyma, z początku nie rozumiał dlaczego, aby po chwili poczuć na obojczyku mokrość słonych łez. Taka reakcja jego ciała - bądź też, w tymże wypadku duszy, skoro znajdowali się we śnie - była widocznym zaskoczeniem nawet dla niego samego.
Wysłuchał wypowiedzi Desmonda o piekle, o tym, że ktoś na niego czeka, o pieniądzach. Dlaczego niby miałoby się to liczyć? Parsknął przez łzy, a jego dotąd dość spokojna i melancholijna twarz wygięła się w grymasie. Mimo to, wydawał się pogodzony z tym, co ma zaraz nastąpić - jakby od początku wiedział, że dokładnie w ten sposób wszystko powinno się potoczyć, jakby całe dotychczasowe życie przygotowywało go do tego momentu.
W spadającej z twarzy łzie odbił się obraz oblanej słońcem letniej łąki zanim zniknęła w otchłani czerni.
- Po co martwisz się tym, że ktokolwiek na ciebie czeka? Przecież jesteś ze mną. Reszta jest nieistotna. Tak samo powtarzalna jak kolejne galeony wyrzucane z kieszeni. Pieniądze nie mają znaczenia, nigdy nie miały. Są tak samo błahe i wytarte jak ludzkie pragnienia. Niewystarczająco silne, aby byli zdolni poświęcić się w imię prawdziwego odczuwania. Są za słabi, to dlatego. To może być faktycznym piekłem, jak tak teraz o tym myślę. - spojrzał na Desmonda raz jeszcze, tym razem uśmiechając się i nie bacząc na spływające łzy. Jedynym wspomnieniem wcześniejszego grymasu były wilgotne, pachnące solą ślady na policzkach.
- Nie mamy dużo czasu. Nie pozwól, aby to poszło na marne, tego bym ci nie wybaczył. - odparł enigmatycznie na, jak sobie teraz uświadomił, pożegnanie i ruszył przed siebie.
Po przeprawie przez ciągle opadającą w jedną stronę wagę, stanął na przeciwnym jej brzegu i spojrzał na przyjaciela z dystansu. Wydawało się, jakby dzieląca ich ciemność była pluskającą wodą, czy tak właśnie czuli się ludzie stojąc na piaszczystych wybrzeżach Styksu? Waga uniosła go odrobinę do góry, bezlitośnie zanurzając się w krwawy cień nagle rwącej rzeki. Czas był bezwzględny i choć każdy starał się tańczyć swego życiowego walca jak najzgrabniej, tak nie jednemu powinęła się noga przedwcześnie. Śmierć nie brała jeńców, chociażby i taka metaforyczna. Oleander nie zniósłbym rozłąki z Desmondem na zawsze, widząc twarz przyjaciela w oddali i słysząc, że szum nokturalnej rzeki oddala się z każdą kolejną sekundą, ostatkiem woli, czując jak jawa skrada się z krzykliwymi tonami ostrych dźwięków o kwintę za wysoko nastrojonego pianina, bez wysiłku sprawił, że jego wcześniej schludnie przycięte paznokcie zmieniły się w ostre szpony.
Wyrwanie sobie serca i ustawienie go na wadze wydało się ulgą w przeciwieństwie do reakcji, z jaką się spotkał, gdy wyznał Malfoyowi swoje uczucia pare tygodni temu. Ostatkiem czucia w obumierających palcach poczuł, że w tej sennej fantazji czas okazał się łaskawie cofać, a waga zrównywać, wyłaniając Desmonda z rwącego strumienia czerni.
Obudził się w blasku zachodzącego, marokańskiego słońca czując, że nie może oddychać. Zamiast głośnego, histerycznego płaczu, zatopił mokrą od łez twarz w leżący na podłodze wykwintnie zdobionej łaźni ręczniku.
Chciał wrócić do domu.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦