— D-dzięki — rzucił w odpowiedzi na komplement ze strony Charlesa. Więcej nie potrafił w tej chwili z siebie wykrzesać. Dobrze, że nie miał wglądu do przemyśleń chłopaka, bo chyba by mu ukręcił ten durny łeb za sam pomysł, aby się poświęcać. Na chuja chyba upadł, żeby w ogóle myśleć o czymś takim.
Zanim rozpłynęli się w powietrzu, zarejestrował fakt, że uratowana przez nich dziewczyna zdołała jeszcze w odwecie zaatakować swojego oprawcę. Chyba wpadli na jakąś wojowniczkę, że w tym stanie zebrała się jeszcze na atak. W sumie to dobrze świadczyło o jej stanie zdrowia. Gdyby była mocniej pokiereszowana, to pewnie nie byłaby w stanie nawet wycelować różdżką w cel.
Kiedy magia translokacyjna wyrwała ich z ośnieżonego londyńskiego zaułka, Lupinowi zakręciło się w głowie i w pierwszej chwili pomyślał, że zaraz zwróci przekąski, którymi zajadał się jeszcze niedawno w barze. W nieoczekiwanym, jak na niego, akcie samokontroli, tak się jednak nie stało, a zamiast tego Cameron zaczął po prostu ciężko wzdychać, rozglądając się nieprzytomnym wzrokiem po pogrążonym w jako takiej ciemności mieszkaniu.
Spojrzał na Rookwooda, pocierając jedną dłonią o drugą, nie odzywając się ani jednym słowem. Poza tym nie zareagował w żaden widoczny sposób na przeprosiny, wodząc bezwiednie wzrokiem po jego twarzy, jakby dalej układał sobie w głowie, co właściwie zaszło. Nagle pokiwał potakująco głową, jakby znaczenie słów przyjaciela dotarło do niego z opóźnieniem. Potem przeniósł wzrok na dziewczynę, bynajmniej nie po to, aby ocenić jej stan, a po to, żeby upewnić się, że faktycznie jest tu z nimi.
Na Merlina, przecież oni właśnie wzięli udziału w jakimś chorym pojedynku ulicznym, pomagając przy okazji ofierze napaści. O takich rzeczach się czyta, kurwa, w Proroku Codziennym albo opowiadaniach z Esów i Floresów, a nie przeżywa na żywo. Cameron zacisnął usta w wąską linię i zacisnął pięści, zdając sobie ze zdziwieniem sprawę z tego, że jego różdżka gdzieś zniknęła. Zlustrował spanikowanym wzrokiem podłogę. Jeszcze tego mu brakowało, żeby jego własność wpadła w ręce jakiegoś zjeba kryminalisty.
— M-m-masz sz-sz-szczęście, C-charlie — wydukał Cameron, już na starcie myląc imię dziewczyny z imieniem najlepszego przyjaciela. Stres robił swoje, nawet jeśli byli względnie bezpieczni. Przykucnął, aby podnieść z dywanu swoją różdżkę, która najwyraźniej wypadła mu z rak po teleportacji. — Z-z-zdawałem w-większość p-przedmiotów z-związanych z-z leczeniem na S-SUMach.
Uśmiechnął się słabo, chociaż wcale nie było mu do śmiechu, toteż gest przypominał raczej grymas. Wątpił, aby to uspokoiło jego pacjentkę. Już chciał zacząć swoje czary, jednak zorientował się, że warunki dookoła raczej nie są ku temu najlepszego. Zanim więc przystąpił do oględzin obrażeń, poprosił Charlesa o zaciągnięcie zasłon i zapalenia jakiegoś światła, żeby wszystko było lepiej widać.
— R-r-raczej d-dam radę t-to wyleczyć. A-albo zaleczyć — odezwał się po jakichś dwóch minutach, a w oczach błysnęły ogniki niezadowolenia, gdy znowu zaczął się jąkać. — J-jednak n-najlepiej będzie, jeśli p-później pójdziesz na b-badania do Munga. Taknawszelkiwypadek. P-p-powinnaś dostać m-mikstury z wyższej p-p-półki.
Przywykł do tego, że jeśli ktoś lądował pod jego opieką, to zazwyczaj chodziło o pobicie z innym uczniem, upadek z miotły lub niechęć przed szkolną pigułą. Udzielanie pomocy komuś, kto został napadnięty przez czarnoksiężnika, to było coś nowego. Mógł zaleczyć rozcięcia na skórze, siniaki czy ślady obić, jednak wolał nie eksperymentować na kimś kompletnie obcym. Nie mówiąc już o braku ewentualnego wsparcia.
— D-daj t-t-też c-coś m-m-mocniejszego — rzucił do Charliego, wypuszczając głośno powietrze z ust, gdy poczuł jego dłoń na ramieniu.
O ile czegoś nie spierdolę, to jeden kieliszek nikomu nie zaszkodzi, pomyślał, biorąc jeszcze kilka głębszych oddechów. Przede wszystkim musiał się uspokoić. Może i na roku uchodził za jednego z bardziej doświadczonych uczniów z dziedziny magimedycyny, ale ekspertem od zaklęć to on nie był. Magia bezróżdżkowa była marzeniem ściętej głowy, a niewerbalna... Cóż, powiedzmy, że tego wolał nie próbować w obecnych okolicznościach. Musiał doprowadzić oddech do porządku.
— Są g-g-gorsi ludzie, niż m-m-my — skomentował po chwili. Puścił mimo uszu wzmiankę o tym, że dziewczyna najwyraźniej kojarzyła ich z Hogwartu. Osobiście nie potrafił w tej chwili dopasować jej twarzy, do żadnego zdarzenia z przeszłości. Chociaż może to kwestia stanu, w jakim była ich koleżanka. Co się zaś tyczyło plotek... To był jej problem, nie ich. — M-mogłaś gorzej trafić. I ch-chyba trafiłaś. Zaatakował C-cię na ulicy, c-czy wywlókł skądś?
Przesuwał kciukiem po rączce różdżki, przysłuchując się ewentualnym tłumaczeniom dziewczyny, starając się uspokoić umysł. Nie chciał pogorszyć sprawy. To miało być spokojne wyjście do baru, zwieńczone wspólnym paleniem lub popijawą, a wyszła z tego jakaś jebana akcja ratunkowa w wykonaniu w dużej mierze nastolatków. Na Merlina, ja pierdolę, przeklął w myślach, przestępując z nogi na nogę.
Chrząknął w końcu znacząco.
— Ekhm. J-jeśli... Jeśli jesteś gotowa, to możemy zaczynać — odezwał się, a jeśli otrzymał odpowiednie przyzwolenie, podszedł do Christie i zaczął machać nad nią różdżką, wypowiadając coraz to bardziej skomplikowane formułki, w jednych chwilach niemalże szepcząc, a w innych podnosząc niespodziewanie głos.