08.07.2024, 00:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2024, 00:27 przez Quintessa Longbottom.)
Spędzam miło czas z Dorą. Do czasu...
Na samym początku Tessa podchodziła do całej tej imprezy z niemałą dozą sceptycyzmu. Owszem, chodziła na wiele przyjęć, gdzie kulminacją całego wieczoru miała być aukcja artefaktów czy wystawna kolacja, przy której już patrzono na ciebie krzywo, jeśli chwyciłeś kieliszek z szampanem trochę za szybko.
I owszem, trochę bała się, co mogłoby wyjść z takiego skumulowania całego zakonu — w końcu to nie tak, że spotykali się jakoś szczególnie często, w tak licznym gronie i to w tak sielskich, przyjemnych okolicznościach.
A także, owszem, nie chciała tam zobaczyć jego.
Dlatego starała się pomóc w przygotowaniach. Polerowała kieliszki, nadzorowała stan ciast i tego, w jaki sposób były podawane, a także to czy na stołach leżała odpowiednia ilość talerzy.
Nie mogła w końcu odpuścić pojawienia się na czarodziejskim zjeździe, nawet jeśli mogło to oznaczać konfrontację z byłym mężem. Co w ogóle nie przeszkodziło jej w wyciągnięciu z szafy ulubionej sukienki, ułożeniu włosów w ten specyficzny sposób; tak, że jedna część skręconych loków opadała na jej ramię, odsłaniając szyję i wisior, który nosiła tylko na specjalne okazje. Prezent na dziesiątą rocznicę ślubu.
Odebrała od przyszywanej krewnej kieliszek z pół wytrawnym, białym winem (uprzednio pouczyła ją, żeby zaznaczyła Teddy’emu, że tak, to właśnie dla niej i żeby tylko spróbował jej tego nie wydać!) z wyraźną wdzięcznością i uśmiechnęła się do niej, niemalże od razu upijając kilka łyków alkoholu. Dopiero potem odpaliła papierosa, powoli wydmuchując dym lekko na lewo, tak, aby śmierdzące opary nie dosięgnęły Dory.
— Słońce… — zaczęła z lekkim politowaniem. — Mam nadzieję, że ją odzyskałaś? A jeśli nie, to pamiętaj, jedno słowo i wszystko się znajdzie. Tylko się przejdę do Ministerstwa, a po kilku godzinach będziesz miała portmonetkę z powrotem. Albo przynajmniej rekompensatę, bo ci cholerni—
Strzepnęła dym z papierosa, kiedy jej wzrok przykuł ktoś równocześnie nieznajomy, jak i dziwnie, wręcz straszliwie, familiarny. Jakiś facet (nawet przystojny) z okropnie tandetnym wąsem (można powiedzieć, że mu pasował), puszczał jej oczka, słał uśmieszki i prężył gołe łydki. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że zaraz po zobaczeniu tego wyszczerza zalała ją fala gorąca, gdy rozpoznała swojego byłego męża. Co za idiota.
— Dora, kochanie, mogłabyś może zobaczyć czy Teddy radzi sobie z wydawaniem alkoholu?
Najgorsza wymówka na to, żeby niezbyt ostentacyjnie odgonić dziewczynę. Ale czuła, że nie młoda Crawley raczej nie chciałaby być w pobliżu jeśli państwo Longbottom zaczęliby się kłócić. Dlatego musiała podejść do tego z rozumem. Humorem. Sprytem.
— Przepraszam, a my to się znamy? — rzuciła w końcu, starając się przybrać bardzo poważny ton głosu. — Ostrzegam, moja bratanica potrafi gryźć. Naprawdę mocno.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you