Z jakiegoś powodu Morpheus nie był wcale zaskoczony, gdy wychodząc z Departamentu napotkał Jonathana, zdecydowanie kierującego się w jego stronę. To nie tak, że to przewidział, nie do końca o to chodziło, ale też o pewnego rodzaju przeczucie wisiało nad nim od momentu, gdy wszedł do Ministerstwa. Trzecie Oko miało swoje sposoby na przekazywanie mu informacji i większość wahała się od całkowitego bełkotu do ledwie zrozumiałych metafor. Nic nie było jasne.
Bez wahania zgodził się na spotkanie z przyjacielem, zapisując w swoim podwójnym kalendarzu bieg wydarzeń. Nie dlatego, że nie będzie pamiętał, że za kilka godzin ma odbyć rozmowę, ale po to, aby wiedzieć, gdy miną kolejne tygodnie, jaka była kolejność wydarzeń w jego życiu, bo zaczynało mu się to mylić, a nie chciał, aby przez głupią pomyłkę, ktokolwiek dowiedział się o zmieniaczu czasu.
Stary zegar głośno tykał, kolejne sekundy, minuty, upływały w pełnym napięcia milczeniu. Gdyby sprawa nie była tak poważna, jak mu się wydawało, to rzuciłby żartem, że czuje się niemal jak przed swoim pierwszym razem, z całą niezręcznością kto, komu i w jakiej pozycji. Gdy milczenie zostało przerwane, spojrzał bardzo powoli na swoje ubranie.
Nie było to nic wyjątkowego, nie jak na ślub, nie jak na Lammas, raczej standardowa magiczna szata w głębokim odcieniu oberżyny, z czarnymi haftami przedstawiającymi pogoń dzikiego gonu.
— Zauważyłeś? Ręcznie haftowana. W skali od podchodzę do swojego byłego do planuję skoczyć z klifu i rozwalić sobie głowę o skały, jak bardzo głupiego? — rozsiadł się wygodnie, aby dać przestrzeń Jonathanowi do rozwinięcia swojej myśli. Zapalił papierosa, przysunął sobie nogą stolik, na którym stała popielniczka i spojrzał wyczekująco na resztę opowieści.
Sprawa była poważna, z tego co zdążył zrozumieć po swojej wizji, tym wiele znaczącym fragmencie listu, a słowa Selwyna jeszcze bardziej go zmartwiły. Próbował jednak nie dać tego po sobie poznać, aby Jonathan nie zamknął się w sobie, jak ostryga.