08.07.2024, 17:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2024, 17:09 przez Anthony Shafiq.)
– To są jakiekolwiek inne wyjazdy służbowe? Widać Jonathan, że za rzadko na nie jeździsz – rzucił lekko, choć niepokój udzielił się i niemu. Wiedział jednak, że nie powinien okazywać strachu, nawet jeśli zdecydowanie w przymiotach swojego charakteru nie był ani wojownikiem ani przywódcą. On tylko i aż znał się na ludziach, na ich pragnieniach i bolączkach. Jonathan zaś zachowywał się... dziwnie. Anthony wyciągnął różdżkę i - o zgrozo, czy rzeczywiście to widzieli, czy im się tylko przewidziało? - podbiegł ku Selwynowi, by stanąć u jego boku.
Z rosnącym niepokojem zauważyli obaj wypełzające ze szklarni krzaczki kwiatów.
– Charlie masz racje! One... one chodzą... – Dźwięk chłostania był coraz intensywniejszy, zwielokrotniony, jakby już nie jeden czy dwa baty smagały powietrze, a kilkanaście co najmniej! Przełknął ślinę, gdy Selwyn uchylił drzwi.
W środku był roślinny demon.
– Morpheus, to znowu jakiś chwast! – krzyknął do przyjaciół, którzy pewnie już zrównali się z nimi i tłoczyli przy drzwiach. Roślina była monstrualna. Gigantyczny pyszniący się czernią czerwienią kwiat był centrum wijących się pnączy, które skrobotały wściekle o szklane ściany. Nawet z odległości widzieli śmiercionośne kolce, lśniące ostrymi czubkami gotowymi by zagłębić się w ich gardłach.
Nagle... kwiat zwrócił ku nim swoje przerażające oblicze, zapach strachu mieszał się z wszechobecnym dusznym i wilgotnym zapachem róż.
– To może... to może chodźmy stąd. Ta róża raczej stąd nie... nie wyjdzie. – Zaproponował Anthony łapiąc za bark Jonathana i próbując go nakłonić do zawrócenia. Czy było to możliwe? Gryfoni bardzo serio podchodzili do odwagi, którą wmawiała im zawszona tiara przydziału, gdy mieli jedenaście lat. Dobre do warunkowania protektorów społeczności. Złe dla zastępców szefów jednego z biur departamentu zajmującego się głównie dokumentacją. Bardzo złe.
Z rosnącym niepokojem zauważyli obaj wypełzające ze szklarni krzaczki kwiatów.
– Charlie masz racje! One... one chodzą... – Dźwięk chłostania był coraz intensywniejszy, zwielokrotniony, jakby już nie jeden czy dwa baty smagały powietrze, a kilkanaście co najmniej! Przełknął ślinę, gdy Selwyn uchylił drzwi.
W środku był roślinny demon.
– Morpheus, to znowu jakiś chwast! – krzyknął do przyjaciół, którzy pewnie już zrównali się z nimi i tłoczyli przy drzwiach. Roślina była monstrualna. Gigantyczny pyszniący się czernią czerwienią kwiat był centrum wijących się pnączy, które skrobotały wściekle o szklane ściany. Nawet z odległości widzieli śmiercionośne kolce, lśniące ostrymi czubkami gotowymi by zagłębić się w ich gardłach.
Nagle... kwiat zwrócił ku nim swoje przerażające oblicze, zapach strachu mieszał się z wszechobecnym dusznym i wilgotnym zapachem róż.
– To może... to może chodźmy stąd. Ta róża raczej stąd nie... nie wyjdzie. – Zaproponował Anthony łapiąc za bark Jonathana i próbując go nakłonić do zawrócenia. Czy było to możliwe? Gryfoni bardzo serio podchodzili do odwagi, którą wmawiała im zawszona tiara przydziału, gdy mieli jedenaście lat. Dobre do warunkowania protektorów społeczności. Złe dla zastępców szefów jednego z biur departamentu zajmującego się głównie dokumentacją. Bardzo złe.