08.07.2024, 18:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2024, 18:23 przez Anthony Shafiq.)
Ileż ironii było w tym, gdy przed sześcioma laty wybrali się wspólnie na spektakl poprzednim razem. On też wtedy był niedokończony. Napięcie było wyczuwalne w powietrzu. Wtedy też im przerwano, a ciało płonęło boleśnie od nadmiaru bodźców, łagodzonych później delikatnymi pocałunkami. Niegdyś skinienie głowy dzieliło ich od punktu, po którym próżno było szukać powrotu do przeszłości bez siebie na wzajem. Niegdyś obaj wiedzieli, że ten punkt był już dawno za nimi, niegdyś obaj wspólnie pogrążyli się w czystej pasji wzajemnego poznania siebie. Teraz co innego był celem. Wzajemna ostrożność, wytyczanie szlaków relacji, która miałaby nie być tylko atrakcją odcinającą się kolorem i egzotyką od bieżących spraw, ale ich codziennością. Był to obraz bardziej stonowany, by nie powiedzieć nudny, zszarzały Londyńską ulicą, wilgotnością umiarkowanego morskiego klimatu, pozbawionego smaku i przypraw potraw, za to o metalicznym odbiciu krwi w ustach.
Jeszcze dwa miesiące temu Anthony zapadł się w myśli, że już wszystko stracone. A teraz?
Erik mówił dużo, choć z trudem łapał sens jego słów. Erik trzymał dłonie na barkach, czuł ich ciężar, w głodzie uścisku, który nie ndaszedł. Erik się martwił. O niego. Przez moment chciał śnić, że to nie z pobudek zawodowych. Czuł ciepło rozlewające się w klatce piersiowej. To nie była randka marzeń, ale czy mogła być piękniejsza w swoim bolesnym wykrzywieniu?
– Nie martw się, to dobry lekarz. – odpowiedział cicho, gdy ustalali dalszy plan działania. Próbował być równoważnym partnerem w tej rozmowie, ale kondycja jego ciała pozostawiała teraz wiele do życzenia, a znikająca adrenalina sprawiała, że z trudem utrzymywał podniesioną głowę. – Załatwi całą dokumentację potrzebną dla śledztwa, ja po prostu... – urwał próbując złapać myśl, którą musiał jakoś wysłowić, a dźwięki nadchodzących ludzi wzmagały, odbijając się echem w jego czaszce. Uciekł na moment wzrokiem w kierunku drzwi, próbując rozpaczliwie pozbierać wszystkie niezbędne słowa, które powinny być powiedziane między nimi teraz. – Wiem, że musisz pracować, zająć się tym, ale... obiecaj mi, że przyjdziesz potem do mnie. Do mieszkania. Proszę, obiecaj mi. – Oparł dłonie o jego dłonie, zaciskając je na tyle, na ile mógł, na krótki moment, gdy patrzyli sobie w oczy. Potrzebował jednak tego, cichego potwierdzenia, choćby niewielkiego ruchu głową, by odetchnąć, by pozwolić mu znów odejść, odsunąć się, zachować odpowiedni dystans, na poczet wchodzących do pomieszczenia ludzi.
By oddać mu pięć kroków. O pięć za dużo...
Jeszcze dwa miesiące temu Anthony zapadł się w myśli, że już wszystko stracone. A teraz?
Erik mówił dużo, choć z trudem łapał sens jego słów. Erik trzymał dłonie na barkach, czuł ich ciężar, w głodzie uścisku, który nie ndaszedł. Erik się martwił. O niego. Przez moment chciał śnić, że to nie z pobudek zawodowych. Czuł ciepło rozlewające się w klatce piersiowej. To nie była randka marzeń, ale czy mogła być piękniejsza w swoim bolesnym wykrzywieniu?
– Nie martw się, to dobry lekarz. – odpowiedział cicho, gdy ustalali dalszy plan działania. Próbował być równoważnym partnerem w tej rozmowie, ale kondycja jego ciała pozostawiała teraz wiele do życzenia, a znikająca adrenalina sprawiała, że z trudem utrzymywał podniesioną głowę. – Załatwi całą dokumentację potrzebną dla śledztwa, ja po prostu... – urwał próbując złapać myśl, którą musiał jakoś wysłowić, a dźwięki nadchodzących ludzi wzmagały, odbijając się echem w jego czaszce. Uciekł na moment wzrokiem w kierunku drzwi, próbując rozpaczliwie pozbierać wszystkie niezbędne słowa, które powinny być powiedziane między nimi teraz. – Wiem, że musisz pracować, zająć się tym, ale... obiecaj mi, że przyjdziesz potem do mnie. Do mieszkania. Proszę, obiecaj mi. – Oparł dłonie o jego dłonie, zaciskając je na tyle, na ile mógł, na krótki moment, gdy patrzyli sobie w oczy. Potrzebował jednak tego, cichego potwierdzenia, choćby niewielkiego ruchu głową, by odetchnąć, by pozwolić mu znów odejść, odsunąć się, zachować odpowiedni dystans, na poczet wchodzących do pomieszczenia ludzi.
By oddać mu pięć kroków. O pięć za dużo...
Koniec sesji