08.07.2024, 22:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2024, 22:28 przez Desmond Malfoy.)
Trupi chłód trwogi, której się nie spodziewał, ogarnął go jeszcze nim Oleander otworzył usta. Wizja tego, w jaki sposób przyjaciel doświadczał życia wydała mu się niezwykle dezorientująca i przepełniona przerażającą niestałością. Jakże mógł on znajdować przyjemność w zbliżaniu się do ludzi, którzy nic dla niego nie znaczyli? Skakał z kwiatka na kwiatek, z truchła na truchło, oferował im uczucia równie fałszywe jak te, które oni oferowali mu. Czy nie dostrzegał on tego, jak wiele niebezpieczeństw przywodziło obcowanie z przypadkowymi indywiduami w taki intensywny, nieskoordynowany sposób? Nawet jeśli korzystał z uwagi gorszych od siebie, takich, którzy nie mogli mu prawdziwie zagrozić, to czy nie robił tym krzywdy samemu sobie? Z tego, co miało być najdroższe, najwznioślejsze, najprawdziwsze, czynił zdradziecką grę, infantylną zabawę dla tych, których duszę wykrzywia dogłębny brak czegoś, czemu mogliby się poświęcić bez reszty.
Ale czy on sam posiadał coś takiego?
Pewna myśl od dawna ukrywała się gdzieś z tyłu jego głowy, ta myśl, której nie mógł się pozbyć ani na chwilę - ten świat był taki brzydki, taki zgniły, a on gnił razem z nim. Nawet gdyby próbował uciekać, to nie miał gdzie - nosił w sobie tę pleśń, to robactwo, głęboko wewnątrz siebie. W tym, w jaki sposób żył, było coś fundamentalnie złego, ale nie mógł precyzyjniej określić tego, czym to było. Zdawało się, że złe w nim było wszystko.
— Może po prostu. Moja. — mówił z trudem, choć nie wypowiadał żadnych słów. — Natura. — Biernie patrzył, jak Oleander znika w mroku. — To być w piekle.
Miał dobrą rodzinę, miał dobre dzieciństwo, miał dobrą młodość, miał dobrą pracę i miał dobre życie. Nie był szczęśliwy wcześniej, nie był szczęśliwy teraz i nie będzie szczęśliwy nigdy. Zupełnie, jakby nie potrafił być szczęśliwym. Jakby zwyczajnie nie mógł być szczęśliwym. To była walka z wiatrakami, jego mózg był po prostu defektywny. Uszkodzony jeszcze znim zdążył się urodzić. W tej spowszedniałej, wydrążonej do cna beznadziei odnajdował jedyną rozsądną, logiczną odpowiedź na problem miałkiej tragedii swojej egzystencji.
Oderwał wzrok od otchłani, w którą się wpatrywał. Spojrzał w górę, dostrzegając, że krwisty całun osnuł wszystko, co znajdowało się ponad jego głową. Szalka wciągnęła go właśnie pod taflę grobowej rzeki. Ze zobojętniałym dystansem obserwował pełne desperacji starania Oleandra, który nie zamierzał go posłuchać, nie zamierzał się uspokoić, nie zamierzał odpuścić.
Z posępnego, masochistycznie przyjemnego marazmu wyszarpało go nagłe uderzenie koszmarnego bólu, który aż zapiszczał mu w uszach. Zgięty w pół z twarzą gniewnie wykrzywioną wpatrywał się w buchające juchą serce, które Oleander upuścił na szalkę. Dyszał w przerażeniu, czując, że odwrócony bieg czasu wyrywa mu z płuc każdy z oddechów. Dlaczego on to zrobił? Nikt go o to nie pytał, nikt mu na to nie pozwolił. To była najgorsza rzecz, którą mógł zrobić. Desmond upadł bezwolnie na ciągnącą w górę szalę, niemalże skowycząc. Bezgłośnie.
To było jego przeznaczenie, to była jego natura, żeby zostać użytym. Raz po raz, od narodzin aż po śmierć.
"Nie pozwól, aby to poszło na marne" - w głowie znów usłyszał jego słowa. To było absolutne przeciwieństwo sielskiego spokoju, którego poszukiwał. Ogarnęło go głębokie poczucie winy, z którego nie potrafił się otrząsnąć. Nie mógł uciec. Całą jego wizję pochłonął ciężki, bielejący brąz oczu, od których w szoku nie potrafił oderwać wzroku.
— Uh. — Intensywny ból głowy nie pozwolił mu na spojrzenie w kierunku okna, za którym wstawał świt. — To wszystko?
Był taki rozczarowany, że jeszcze żył. W ten piątkowy poranek powinien obudzić się za niecałe pół godziny. Powinien wstać z łóżka, dopełnić porannej rutyny, zjeść śniadanie i pójść do pracy. Zrobił to.
Ale czy on sam posiadał coś takiego?
Pewna myśl od dawna ukrywała się gdzieś z tyłu jego głowy, ta myśl, której nie mógł się pozbyć ani na chwilę - ten świat był taki brzydki, taki zgniły, a on gnił razem z nim. Nawet gdyby próbował uciekać, to nie miał gdzie - nosił w sobie tę pleśń, to robactwo, głęboko wewnątrz siebie. W tym, w jaki sposób żył, było coś fundamentalnie złego, ale nie mógł precyzyjniej określić tego, czym to było. Zdawało się, że złe w nim było wszystko.
— Może po prostu. Moja. — mówił z trudem, choć nie wypowiadał żadnych słów. — Natura. — Biernie patrzył, jak Oleander znika w mroku. — To być w piekle.
Miał dobrą rodzinę, miał dobre dzieciństwo, miał dobrą młodość, miał dobrą pracę i miał dobre życie. Nie był szczęśliwy wcześniej, nie był szczęśliwy teraz i nie będzie szczęśliwy nigdy. Zupełnie, jakby nie potrafił być szczęśliwym. Jakby zwyczajnie nie mógł być szczęśliwym. To była walka z wiatrakami, jego mózg był po prostu defektywny. Uszkodzony jeszcze znim zdążył się urodzić. W tej spowszedniałej, wydrążonej do cna beznadziei odnajdował jedyną rozsądną, logiczną odpowiedź na problem miałkiej tragedii swojej egzystencji.
Oderwał wzrok od otchłani, w którą się wpatrywał. Spojrzał w górę, dostrzegając, że krwisty całun osnuł wszystko, co znajdowało się ponad jego głową. Szalka wciągnęła go właśnie pod taflę grobowej rzeki. Ze zobojętniałym dystansem obserwował pełne desperacji starania Oleandra, który nie zamierzał go posłuchać, nie zamierzał się uspokoić, nie zamierzał odpuścić.
Z posępnego, masochistycznie przyjemnego marazmu wyszarpało go nagłe uderzenie koszmarnego bólu, który aż zapiszczał mu w uszach. Zgięty w pół z twarzą gniewnie wykrzywioną wpatrywał się w buchające juchą serce, które Oleander upuścił na szalkę. Dyszał w przerażeniu, czując, że odwrócony bieg czasu wyrywa mu z płuc każdy z oddechów. Dlaczego on to zrobił? Nikt go o to nie pytał, nikt mu na to nie pozwolił. To była najgorsza rzecz, którą mógł zrobić. Desmond upadł bezwolnie na ciągnącą w górę szalę, niemalże skowycząc. Bezgłośnie.
To było jego przeznaczenie, to była jego natura, żeby zostać użytym. Raz po raz, od narodzin aż po śmierć.
"Nie pozwól, aby to poszło na marne" - w głowie znów usłyszał jego słowa. To było absolutne przeciwieństwo sielskiego spokoju, którego poszukiwał. Ogarnęło go głębokie poczucie winy, z którego nie potrafił się otrząsnąć. Nie mógł uciec. Całą jego wizję pochłonął ciężki, bielejący brąz oczu, od których w szoku nie potrafił oderwać wzroku.
***
Ze snu wyrwał go własny kaszel - leżąc na kanapie w salonie, krztusił się z ustami pełnymi wymiocin. Usiadł niezgranie i półprzytomnie zwiesił głowę, żeby wyrzygać się sowicie na stojący przed nim stolik. — Uh. — Intensywny ból głowy nie pozwolił mu na spojrzenie w kierunku okna, za którym wstawał świt. — To wszystko?
Był taki rozczarowany, że jeszcze żył. W ten piątkowy poranek powinien obudzić się za niecałe pół godziny. Powinien wstać z łóżka, dopełnić porannej rutyny, zjeść śniadanie i pójść do pracy. Zrobił to.
Koniec sesji