09.07.2024, 14:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.08.2024, 22:37 przez Lorien Mulciber.)
- Richard?
Nie. Kim jak kim, ale czarownica z pewnością nie była osobą, której się tu z jakiegoś powodu najbardziej spodziewał. A może powinien? Lorien spędzała w bibliotece większość wolnego czasu, praktycznie od dnia, gdy się przeprowadziła. Tutaj miała dostęp do ksiąg Mulciberów. Do swoich ksiąg, które częściowo wypełniały kilka regałów w głębi pomieszczenia. Miejsce do pracy, którą tak często przynosiła z biura. W tym samym fotelu, w którym pan Mulciber właśnie zasiadał, to ona z reguły zagłębiała się w lekturze akt procesowych.
Nie szukała Roberta - to było pewne i można było odnieść wrażenie, że jest co najmniej zaskoczona jego obecnością tutaj. Nie zdążyła się jeszcze po całym dniu ogarnąć, więc nadal miała na sobie normalną szatę wyjściową. W dodatku pachniała lawendą, której zresztą drobne, fioletowo-różowe płatki tkwiły w jej ciemnych włosach. Na policzku miała ślad po resztce proszku fiuu. Wyraźny znak, że dopiero co wróciła od rodziców, gdzie zgodnie z zapowiedzią złożoną chwilę po śniadaniu, spędziła popołudnie. I wieczór najwyraźniej.
W rękach trzymała sporej wielkości, płaski pakunek, który przytulała do piersi. Zapakowany w szary papier, obwiązany prostym konopnym sznurkiem. Przesyłka albo prezent.
Przystanęła, początkowo bez słowa, przy regale, który chronił jej męża od bycia zauważonym przez resztę domowników. Spojrzała przez ramię, jakby spod ziemi miała właśnie wyrosnąć cała ekipa poszukiwawcza.
- Obawiam się, że na to już za późno.- Powiedziała wręcz grobowym tonem, choć ten równie dobrze mógł być próbą zażartowania. Ciężko było określić czy mówi poważnie, zwłaszcza teraz, gdy w ciszy biblioteki mogła przestać udawać, że wszystko jest już dobrze.- Mówiłam, żeby zaczekał co najmniej 72 godziny, ale wiesz jaki jest… Odwołać grupę szturmową Biura Aurorów? - Więc jednak żart.
Sprawiała wrażenie jakby chciała go o coś zapytać. Choć pytanie z pewnością nie należało do najprzyjemniejszych i z pewnością dotyczyło wyjątkowo nurtującej jej rzeczy - dlaczego zamienił ich kamienicę w hotel dla całej rodziny. Była w stanie usprawiedliwić obecność Sophie - dobra córka powinna mieszkać przy rodzicach aż do ślubu, ale.. Richard? Chłopcy?
Zamiast sterczeć jak kołek przy regale, Lorien podeszła nieco bliżej. Jeden krok, potem kolejny. Tak naprawdę wyminęła Roberta, przelotnie zerkając na trzymaną przez niego książkę. Pieczętowanie? Nie wiedziała o tym zbyt wiele - ot co jakiś czas trafiał się spór o pieczęci zakładane komuś na majątek czy próba przemytu artefaktu obłożonego runami. Ale nigdy nie była to jej działka. Nie zapytała co było w tym tak fascynującego. Jeśli będzie chciał się podzielić niewątpliwie fascynującym światem pieczętowania - z pewnością to zrobi.
Podeszła za to do wciśniętej pod ścianę komodę, na której stał od kilku miesięcy jej magiczny gramofon. Nietrudno było się domyślić, że w tajemniczej paczce musiała być jakaś płyta. Znając przy tym panią Mulciber i jej upodobania, z pewnością nie był to jazz. Może jakiś biały kruk muzyki klasycznej? Ewentualnie coś z włoskich melodii i operetek, które zwykle wybrzmiewały w tle, gdy Lorien pracowała w bibliotece. Zaczęła ostrożnie otwierać opakowanie, starając się nie podrzeć papieru.
- Ojciec wygrzebał to nagranie w jakimś starym magicznym antykwariacie w Austrii.- Po co stary Philip Crouch był poza granicami kraju? Na to niezadane pytanie odpowiedź nie padła, bo najwyraźniej nie była ważna.- Będzie ci przeszkadzać…? - Zawiesiła głos, z czystej kurtuazji pytając o zgodę. Mogła sobie pójść. Zabrać gramofon i książki po które przyszła do sypialni i zostawić Roberta samego sobie.
Przy okazji natychmiast z pewnością informując Richarda i resztę rodziny, gdzie ów się ukrywa.
Nie. Kim jak kim, ale czarownica z pewnością nie była osobą, której się tu z jakiegoś powodu najbardziej spodziewał. A może powinien? Lorien spędzała w bibliotece większość wolnego czasu, praktycznie od dnia, gdy się przeprowadziła. Tutaj miała dostęp do ksiąg Mulciberów. Do swoich ksiąg, które częściowo wypełniały kilka regałów w głębi pomieszczenia. Miejsce do pracy, którą tak często przynosiła z biura. W tym samym fotelu, w którym pan Mulciber właśnie zasiadał, to ona z reguły zagłębiała się w lekturze akt procesowych.
Nie szukała Roberta - to było pewne i można było odnieść wrażenie, że jest co najmniej zaskoczona jego obecnością tutaj. Nie zdążyła się jeszcze po całym dniu ogarnąć, więc nadal miała na sobie normalną szatę wyjściową. W dodatku pachniała lawendą, której zresztą drobne, fioletowo-różowe płatki tkwiły w jej ciemnych włosach. Na policzku miała ślad po resztce proszku fiuu. Wyraźny znak, że dopiero co wróciła od rodziców, gdzie zgodnie z zapowiedzią złożoną chwilę po śniadaniu, spędziła popołudnie. I wieczór najwyraźniej.
W rękach trzymała sporej wielkości, płaski pakunek, który przytulała do piersi. Zapakowany w szary papier, obwiązany prostym konopnym sznurkiem. Przesyłka albo prezent.
Przystanęła, początkowo bez słowa, przy regale, który chronił jej męża od bycia zauważonym przez resztę domowników. Spojrzała przez ramię, jakby spod ziemi miała właśnie wyrosnąć cała ekipa poszukiwawcza.
- Obawiam się, że na to już za późno.- Powiedziała wręcz grobowym tonem, choć ten równie dobrze mógł być próbą zażartowania. Ciężko było określić czy mówi poważnie, zwłaszcza teraz, gdy w ciszy biblioteki mogła przestać udawać, że wszystko jest już dobrze.- Mówiłam, żeby zaczekał co najmniej 72 godziny, ale wiesz jaki jest… Odwołać grupę szturmową Biura Aurorów? - Więc jednak żart.
Sprawiała wrażenie jakby chciała go o coś zapytać. Choć pytanie z pewnością nie należało do najprzyjemniejszych i z pewnością dotyczyło wyjątkowo nurtującej jej rzeczy - dlaczego zamienił ich kamienicę w hotel dla całej rodziny. Była w stanie usprawiedliwić obecność Sophie - dobra córka powinna mieszkać przy rodzicach aż do ślubu, ale.. Richard? Chłopcy?
Zamiast sterczeć jak kołek przy regale, Lorien podeszła nieco bliżej. Jeden krok, potem kolejny. Tak naprawdę wyminęła Roberta, przelotnie zerkając na trzymaną przez niego książkę. Pieczętowanie? Nie wiedziała o tym zbyt wiele - ot co jakiś czas trafiał się spór o pieczęci zakładane komuś na majątek czy próba przemytu artefaktu obłożonego runami. Ale nigdy nie była to jej działka. Nie zapytała co było w tym tak fascynującego. Jeśli będzie chciał się podzielić niewątpliwie fascynującym światem pieczętowania - z pewnością to zrobi.
Podeszła za to do wciśniętej pod ścianę komodę, na której stał od kilku miesięcy jej magiczny gramofon. Nietrudno było się domyślić, że w tajemniczej paczce musiała być jakaś płyta. Znając przy tym panią Mulciber i jej upodobania, z pewnością nie był to jazz. Może jakiś biały kruk muzyki klasycznej? Ewentualnie coś z włoskich melodii i operetek, które zwykle wybrzmiewały w tle, gdy Lorien pracowała w bibliotece. Zaczęła ostrożnie otwierać opakowanie, starając się nie podrzeć papieru.
- Ojciec wygrzebał to nagranie w jakimś starym magicznym antykwariacie w Austrii.- Po co stary Philip Crouch był poza granicami kraju? Na to niezadane pytanie odpowiedź nie padła, bo najwyraźniej nie była ważna.- Będzie ci przeszkadzać…? - Zawiesiła głos, z czystej kurtuazji pytając o zgodę. Mogła sobie pójść. Zabrać gramofon i książki po które przyszła do sypialni i zostawić Roberta samego sobie.
Przy okazji natychmiast z pewnością informując Richarda i resztę rodziny, gdzie ów się ukrywa.