09.07.2024, 16:33 ✶
Trzeba było przyznać Jeremiahowi rację z tą mieszanką wybuchową, którą zmajstrował. O jej intensywności również Woody miał się okazję przekonać, gdy mała Brenna zostawała pod jego opieką.
— Jakie znowu zwłoki? — Tarp rozłożył ręce w geście teatralnie bezbrzeżnego zadziwienia. — Dziewczyno, siedzisz tu od rana. Nie miałaś szansy wyjść do żadnych zwłok. Jesteś bezpieczna… dopóki Brygada nie dowie się, że miałaś szansę pożyczyć od innego wuja zmieniacz czasu po świętej pamięci babci — tę ostatnią część, choć wciąż była utrzymana w żartobliwym tonie, dodał ciszej. Tak dla pewności i z przyzwyczajenia.
Opowieść Brenny nasunęła staremu Longbottomowi na myśl analogię do jego własnego położenia. Jego osobista rebelia była pod pewnymi kątami podobna jej nastoletniemu wyskokowi, choć nie da się ukryć, że odbywała się na większą skalę. Zamiast Zakazanego Lasu była zakazana ulica, zamiast Irytka nerwy szarpał mu niczym struny swojej nieszczęsnej lutni duch-grajek Enjolras. Jedyna różnica w tym, że jego położenia nie dało się usprawiedliwić słowami: błędy nowicjusza.
Kiwał głową z uśmiechem, a jego oczy zdawały się mówić: moja krew. Był zadowolony z tego, że Brenna ma takie beztroskie (z obecnej perspektywy) wspomnienia, których mogła się czepić. Wiedział, że to ważne, szczególnie po Tessie. Pojawiła się w jego życiu jako dziewczynka, która mimo młodego wieku zdążyła już wiele przejść. Jemu było zawsze łatwiej: miał naprawdę dobre dzieciństwo. Dobre… w zasadzie do pewnego momentu dobre całe życie. W codzienności bywało różnie, ale funkcjonował bardzo długo w szczęśliwym zakątku, do którego mógł wracać teraz zawsze pamięcią i szukać pokrzepienia. Jedną z rzeczy, które przyniosły mu w życiu najwięcej radości i dumy, było otworzenie tego właśnie zakątka również dla Tessy, aby i ona zakosztowała bezpiecznego, dobrego życia.
A przynajmniej do czasu, kiedy wszystkiego nie rozjebał.
Od tego czasu wszystko dookoła niego poleciało na łeb, na szyję. Poczynając od jego osobistych problemów, a kończąc na… właśnie na tym:
— Niestety, Dumbledore zapewne się nie myli. Chory radykalizm pęta czarodziejów na każdym szczeblu. Biednych, bogatych, w Ministerstwie czy nie. Cholera, bywa, że za tą czy inną poronioną ideą opowiadają się nawet ci, którzy najwięcej na niej stracą.
I dopóki się z tym nie obnoszą, formalnie nie można z nimi zrobić absolutnie, kurwa, nic. Używali swoich psich gwizdków na ministerialnych korytarzach; przeczucie w bebechu mówiło ci, że nie można im ufać. I cóż? Nie można było takiego złapać za fraki i wywlec z instytucji, jeśli nie miało się dowodów. A jeszcze gorsi byli ci, których się nie myślało podejrzewać.
Gdyby zaś przejęli Ministerstwo… od samej tej wizji mdliło. Machina ministerialna, która miała chronić czarodziejów przed czarnoksiężnikami, trzebić ich szeregi, mogła w rękach śmierciożerców przeobrazić się niepostrzeżenie w potężne narzędzie opresji, z którym ciężko walczyć.
Ktoś powinien coś zrobić i wcale nie dziwiło go, że tym kimś jest Brenna Longbottom, ale…
— I to Albus Dumbledore cię w to wciągnął? — zapytał, zamiast odpowiadać na jej pytanie. Na jego czole pojawiła się zmarszczka strapienia; w zamyśleniu bębnił palcami o ladę.
Nie, nie zastanawiał się nad tym, czy dołączyć. Zastanawiał się, czy powinien udać się do Dumbledore’a i uciąć sobie z nim pogawędkę.
Był dumny z Brenny, gdy dotarły do niego wieści, że poszła śladami kariery, którymi szedł wcześniej jego własny ojciec, potem on sam. Nie była to nigdy najbezpieczniejsza praca, lecz sytuacja polityczna przeniosła zagrożenia na nowy poziom. Woody nie chciał widzieć Brenny w obliczu tych zagrożeń i na krótką chwilę zakłuł go gniew na pierdolonego Albusa Dumbledore’a, który mieszał jego młodą bratanicę w swoje fantazje o ruchu oporu.
Tarp nie potrzebował jednak długiego namysłu, aby uświadomić sobie, że nie było sposobu, w jaki mógłby Longbottomównę od tego projektu odwieść. A przynajmniej sposobu takiego, po którym mógłby jeszcze kiedykolwiek liczyć na jej wybaczenie. Pozostawało mieć na nią oko i pomagać na miarę możliwości, toteż:
— Możecie na mnie liczyć.
— Jakie znowu zwłoki? — Tarp rozłożył ręce w geście teatralnie bezbrzeżnego zadziwienia. — Dziewczyno, siedzisz tu od rana. Nie miałaś szansy wyjść do żadnych zwłok. Jesteś bezpieczna… dopóki Brygada nie dowie się, że miałaś szansę pożyczyć od innego wuja zmieniacz czasu po świętej pamięci babci — tę ostatnią część, choć wciąż była utrzymana w żartobliwym tonie, dodał ciszej. Tak dla pewności i z przyzwyczajenia.
Opowieść Brenny nasunęła staremu Longbottomowi na myśl analogię do jego własnego położenia. Jego osobista rebelia była pod pewnymi kątami podobna jej nastoletniemu wyskokowi, choć nie da się ukryć, że odbywała się na większą skalę. Zamiast Zakazanego Lasu była zakazana ulica, zamiast Irytka nerwy szarpał mu niczym struny swojej nieszczęsnej lutni duch-grajek Enjolras. Jedyna różnica w tym, że jego położenia nie dało się usprawiedliwić słowami: błędy nowicjusza.
Kiwał głową z uśmiechem, a jego oczy zdawały się mówić: moja krew. Był zadowolony z tego, że Brenna ma takie beztroskie (z obecnej perspektywy) wspomnienia, których mogła się czepić. Wiedział, że to ważne, szczególnie po Tessie. Pojawiła się w jego życiu jako dziewczynka, która mimo młodego wieku zdążyła już wiele przejść. Jemu było zawsze łatwiej: miał naprawdę dobre dzieciństwo. Dobre… w zasadzie do pewnego momentu dobre całe życie. W codzienności bywało różnie, ale funkcjonował bardzo długo w szczęśliwym zakątku, do którego mógł wracać teraz zawsze pamięcią i szukać pokrzepienia. Jedną z rzeczy, które przyniosły mu w życiu najwięcej radości i dumy, było otworzenie tego właśnie zakątka również dla Tessy, aby i ona zakosztowała bezpiecznego, dobrego życia.
A przynajmniej do czasu, kiedy wszystkiego nie rozjebał.
Od tego czasu wszystko dookoła niego poleciało na łeb, na szyję. Poczynając od jego osobistych problemów, a kończąc na… właśnie na tym:
— Niestety, Dumbledore zapewne się nie myli. Chory radykalizm pęta czarodziejów na każdym szczeblu. Biednych, bogatych, w Ministerstwie czy nie. Cholera, bywa, że za tą czy inną poronioną ideą opowiadają się nawet ci, którzy najwięcej na niej stracą.
I dopóki się z tym nie obnoszą, formalnie nie można z nimi zrobić absolutnie, kurwa, nic. Używali swoich psich gwizdków na ministerialnych korytarzach; przeczucie w bebechu mówiło ci, że nie można im ufać. I cóż? Nie można było takiego złapać za fraki i wywlec z instytucji, jeśli nie miało się dowodów. A jeszcze gorsi byli ci, których się nie myślało podejrzewać.
Gdyby zaś przejęli Ministerstwo… od samej tej wizji mdliło. Machina ministerialna, która miała chronić czarodziejów przed czarnoksiężnikami, trzebić ich szeregi, mogła w rękach śmierciożerców przeobrazić się niepostrzeżenie w potężne narzędzie opresji, z którym ciężko walczyć.
Ktoś powinien coś zrobić i wcale nie dziwiło go, że tym kimś jest Brenna Longbottom, ale…
— I to Albus Dumbledore cię w to wciągnął? — zapytał, zamiast odpowiadać na jej pytanie. Na jego czole pojawiła się zmarszczka strapienia; w zamyśleniu bębnił palcami o ladę.
Nie, nie zastanawiał się nad tym, czy dołączyć. Zastanawiał się, czy powinien udać się do Dumbledore’a i uciąć sobie z nim pogawędkę.
Był dumny z Brenny, gdy dotarły do niego wieści, że poszła śladami kariery, którymi szedł wcześniej jego własny ojciec, potem on sam. Nie była to nigdy najbezpieczniejsza praca, lecz sytuacja polityczna przeniosła zagrożenia na nowy poziom. Woody nie chciał widzieć Brenny w obliczu tych zagrożeń i na krótką chwilę zakłuł go gniew na pierdolonego Albusa Dumbledore’a, który mieszał jego młodą bratanicę w swoje fantazje o ruchu oporu.
Tarp nie potrzebował jednak długiego namysłu, aby uświadomić sobie, że nie było sposobu, w jaki mógłby Longbottomównę od tego projektu odwieść. A przynajmniej sposobu takiego, po którym mógłby jeszcze kiedykolwiek liczyć na jej wybaczenie. Pozostawało mieć na nią oko i pomagać na miarę możliwości, toteż:
— Możecie na mnie liczyć.
piw0 to moje paliwo