09.07.2024, 20:55 ✶
Spotkanie Anthony’ego na Lammas pozostawiło więcej pytań niż odpowiedzi. Już sam fakt, że tam był w swoim odprasowanym garniturze, śmiejąc się wdzięcznie do całej tej odwiedzającej go… gawiedzi. Czyżby nad winnicą zebrały się tak ciemne chmury, że musieli wystawiać stoisko na rodzinnych festynach? Czy była to próba dotarcia do nowych, często… mniej wymagających odbiorców? Ocieplenie wizerunku? I ten cały kontrakt z domem mody Rosier…
Nie chciała nawet insynuować czegoś tak absurdalnego, a jednak ciekawość była silniejsza.
Nie było żadnego powodu dla którego czarownica miałaby odmówić spotkania, zwabiona wizją spędzenia spokojnego wieczoru z dawno niewidzianym przyjacielem. Teraz, gdy w ich życiu wszystko zmieniało się tak nagle, stałe punkty programu zdawały się być jeszcze ważniejsze.
- Buona sera, Antonio.- To były pierwsze i jedyne słowa jakie powiedziała, pojawiając się tuż przed siedemnastą na progu jego apartamentu na Alei Horyzontalnej. Niepisana zasada brzmiała, że rozmów nie prowadzi się w korytarzu. Nie prowadzili ich też od dłuższego czasu przy stole w pokoju dziennym. To było niegdyś całkiem dobre miejsce do pracy i niemal z rozrzewnieniem wspominała czasy, gdy cały stół zasłany był ministerialnymi dokumentami, sekretnymi notatkami i listami nazwisk, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Ale nigdy nie było to miejsce przeznaczone do bardziej prywatnych konwersacji.
Stukot jej obcasów odbijał się od wysokich sufitów, gdy pozwoliła się pokierować w stronę gabinetu.
Wzrok czarownicy natychmiast powędrował w stronę stolika, na którym stały butelki z winem. Bezimienne. Uniosła kąciki ust. Oczywiście. Czasy się zmieniały, ale Shafiq pozostawał wyjątkowo konsekwentny w swoich grach i zagadkach. Może poświęciła niewiele uwagi drogocennym księgom i artefaktom gospodarza, jednak na to przyjdzie jeszcze czas. Gdy nacieszą się już beztroską wieczoru.
Na propozycję jakiegokolwiek posiłku jedynie pokręciła przecząco głową. Musiało minąć parę sekund, by zdecydowała się jakkolwiek odpowiedzieć. Ale może było warto czekać, bo dotychczas nieco zatroskana twarz Lorien pojaśniała. Jak zawsze, gdy miała okazję usłyszeć język matki w tak czystej formie.
- Dziękuję.- Odpowiedziała tylko, płynnie przechodząc na włoski. Choć ciężko było określić do czego owo ciche “grazie” tak naprawdę się odnosiło. Grzeczna odmowa poczęstunku? Wdzięczność za porzucenie ordynarnej angielszczyzny? A może za wszystko i za nic jednocześnie. Zasiadła we wskazanym fotelu, rozprostowała opuszkami palców niewidzialne zagięcia na materiale bogato haftowanej szaty w odcieniach kobaltu. Kimkolwiek był anonimowy krawiec pani Mulciber tym razem dołożył wszelkich starań, by dobrać kolor niemal bliźniaczy do odcienia jej oczu.
- Bieganiem? - Powtórzyła powoli, smakując dźwięk tego słowa jakby słyszała je po raz pierwszy.- Antonio, cuore mio, czy ktoś cię… gonił?- Nie potrafiła sobie wyobrazić żadnego innego powodu dla którego Anthony Shafiq miałby biec.- Powinieneś był powiadomić aurorów, chociaż…- Uniosła do góry obie dłonie w geście nieco obronnym, choć wraz z towarzyszącym temu ściśnięciem ust i lekkim kiwnięciem głowy wyrażającym raczej coś w stylu “nawet nie każ mi zaczynać”. Na jej palcach błyszczały złote pierścionki, każdy jeden o historii ciekawszej niż mógł się tym poszczycić niejeden z rodów.
Ale przecież po to się spotkali. By dzielić opowieściami. - Nie wiem czy miałeś okazję słyszeć co się zadziało na stoisku mojego szanownego męża…
Zawiesiła głos, dając mu możliwość odpowiedzieć.
Plotki były czymś cennym. Niebezpiecznym w rękach nieodpowiednich osób. Walutą równie wartościową co galeony i artefakty.
Przyjęła ofiarowany kieliszek. Już pierwszy aromat dał jej pewność - to nie było coś co spotykało się na słonecznych wzgórzach francuskiej winnicy Chateau des Dragons. Uniosła go powoli do nosa, przymknęła oczy. Znajomy owocowy, niemalże cytrusowy zapach.
- Zabierasz mnie w podróż po Hiszpanii?- Zapytała, zanim jeszcze zdecydowała się upić choćby łyk alkoholu.
Nie chciała nawet insynuować czegoś tak absurdalnego, a jednak ciekawość była silniejsza.
Nie było żadnego powodu dla którego czarownica miałaby odmówić spotkania, zwabiona wizją spędzenia spokojnego wieczoru z dawno niewidzianym przyjacielem. Teraz, gdy w ich życiu wszystko zmieniało się tak nagle, stałe punkty programu zdawały się być jeszcze ważniejsze.
- Buona sera, Antonio.- To były pierwsze i jedyne słowa jakie powiedziała, pojawiając się tuż przed siedemnastą na progu jego apartamentu na Alei Horyzontalnej. Niepisana zasada brzmiała, że rozmów nie prowadzi się w korytarzu. Nie prowadzili ich też od dłuższego czasu przy stole w pokoju dziennym. To było niegdyś całkiem dobre miejsce do pracy i niemal z rozrzewnieniem wspominała czasy, gdy cały stół zasłany był ministerialnymi dokumentami, sekretnymi notatkami i listami nazwisk, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Ale nigdy nie było to miejsce przeznaczone do bardziej prywatnych konwersacji.
Stukot jej obcasów odbijał się od wysokich sufitów, gdy pozwoliła się pokierować w stronę gabinetu.
Wzrok czarownicy natychmiast powędrował w stronę stolika, na którym stały butelki z winem. Bezimienne. Uniosła kąciki ust. Oczywiście. Czasy się zmieniały, ale Shafiq pozostawał wyjątkowo konsekwentny w swoich grach i zagadkach. Może poświęciła niewiele uwagi drogocennym księgom i artefaktom gospodarza, jednak na to przyjdzie jeszcze czas. Gdy nacieszą się już beztroską wieczoru.
Na propozycję jakiegokolwiek posiłku jedynie pokręciła przecząco głową. Musiało minąć parę sekund, by zdecydowała się jakkolwiek odpowiedzieć. Ale może było warto czekać, bo dotychczas nieco zatroskana twarz Lorien pojaśniała. Jak zawsze, gdy miała okazję usłyszeć język matki w tak czystej formie.
- Dziękuję.- Odpowiedziała tylko, płynnie przechodząc na włoski. Choć ciężko było określić do czego owo ciche “grazie” tak naprawdę się odnosiło. Grzeczna odmowa poczęstunku? Wdzięczność za porzucenie ordynarnej angielszczyzny? A może za wszystko i za nic jednocześnie. Zasiadła we wskazanym fotelu, rozprostowała opuszkami palców niewidzialne zagięcia na materiale bogato haftowanej szaty w odcieniach kobaltu. Kimkolwiek był anonimowy krawiec pani Mulciber tym razem dołożył wszelkich starań, by dobrać kolor niemal bliźniaczy do odcienia jej oczu.
- Bieganiem? - Powtórzyła powoli, smakując dźwięk tego słowa jakby słyszała je po raz pierwszy.- Antonio, cuore mio, czy ktoś cię… gonił?- Nie potrafiła sobie wyobrazić żadnego innego powodu dla którego Anthony Shafiq miałby biec.- Powinieneś był powiadomić aurorów, chociaż…- Uniosła do góry obie dłonie w geście nieco obronnym, choć wraz z towarzyszącym temu ściśnięciem ust i lekkim kiwnięciem głowy wyrażającym raczej coś w stylu “nawet nie każ mi zaczynać”. Na jej palcach błyszczały złote pierścionki, każdy jeden o historii ciekawszej niż mógł się tym poszczycić niejeden z rodów.
Ale przecież po to się spotkali. By dzielić opowieściami. - Nie wiem czy miałeś okazję słyszeć co się zadziało na stoisku mojego szanownego męża…
Zawiesiła głos, dając mu możliwość odpowiedzieć.
Plotki były czymś cennym. Niebezpiecznym w rękach nieodpowiednich osób. Walutą równie wartościową co galeony i artefakty.
Przyjęła ofiarowany kieliszek. Już pierwszy aromat dał jej pewność - to nie było coś co spotykało się na słonecznych wzgórzach francuskiej winnicy Chateau des Dragons. Uniosła go powoli do nosa, przymknęła oczy. Znajomy owocowy, niemalże cytrusowy zapach.
- Zabierasz mnie w podróż po Hiszpanii?- Zapytała, zanim jeszcze zdecydowała się upić choćby łyk alkoholu.