11.07.2024, 22:18 ✶
Przy ognisku z Alastorem, Millie, Eden oraz Bertiem
- BUM? ...czy Biuro Aurorów? - dopytałem z ciekawością. Bren pracowała w BUMie, ale faktycznie gdzieś tam o uszy mi się obijało o Moodych-aurrorach, ale... różnie bywało. Owen też kiedyś był cyrkowcem, a teraz nie dość, że zmienił nazwisko, to jeszcze śmigał Błędnym i na dodatek nas nienawidził jako Bellów, stąd też z góry niczego nie zakładałem. - Alexander Bell... W sumie też przyjaciel... od lat - przyznałem, wspominając te okazjonalne odwiedziny Bren w cyrku. Wpadała i wypadała. Może to nie była jakaś zażyła przyjaźń, może bardziej znajomość, ale jednak nic złego nie mogliśmy sobie zarzucić. Może poza lawirowaniem na granicy życia i śmierci, hehe. Chociaż pewnie służbowo było im bliżej do podobnych sytuacji, może nawet bardziej poważnych, niż głupich śmiechów dzieciaków.
Poprawiłem nieco koszulę w biało-błękitne chmurki, która za bardzo zaczęła mi przylegać do skóry, po czym przyjrzałem się uważnie podpiekanej kiełbasie. Jeszcze potrzebowała czasu, żeby być odpowiednio chrupiącą. Przy okazji również przetrawiałem fakt, że te samoloty to raczej Alastora nie porywały. Trudno. Miałem coś zarzucić może... o morzu, ale pojawiła się jakaś głośna dziewczyna, więc w sam raz zagadała ciszę. Obserwowałem jej energiczne gesty, nawet na chwilę zaczarowując moje postępy kulinarne, by same się nie zjarały. Oczywiście, bez użycia różdżki. Nie miałem różdżki, tak na dobrą sprawę nigdy jej nie miałem.
Przysłuchiwałem się tym przywitaniem. Jakby nie patrzeć, nie byłem tu w tej chwili intruzem, ale... uczestnikiem rozmowy, który stał i właściwie patrzył, nie mając kompletnie wizji na odezwanie się, szczególnie że te wszystkie twarze były mi kompletnie obce. Zapewne na terenie cyrku kompletnie inaczej by to wyglądało, bo to byłoby moje pole popisu, a tak... starałem się być powietrzem chwilowo, bynajmniej póki ręki nie podał mi nowy przybysz, niejako ratując z powietrzowej opresji. Dużo dziś było we mnie z powietrza i samolotów... Czy to przez tę niebiańską koszulę...? Też miałem trochę konsternacji, bo ten Alek... było to Alastora, nie do mnie!
Wyprostowałem się, też nabierając jakiejś nowej energii w płuca wraz z kolejnym wdechem. Podałem dłoń Bertiemu, coś tam trybiąc z tyłu głowy z tym nazwiskiem, ale jeszcze nie trybiło, dopiero miało zatrybić.
- Alexander Bell - przedstawiłem się, w końcu jednak zatrybijając. - Bertie Bott?! Ten Bertie Bott od fasolek...? - zapytałem z ciekawością, czy to faktycznie takie osoby, persony medialne wręcz, znajdowały się na brennowym pikniku...?
- Miło mi poznać - dodałem jeszcze po chwili, po czym okręciłem się w kierunku ogniska. Wskazałem moje drobne przypiekane dzieło. - Zależy, czy wolisz z ogniska czy z grilla... Na ognisku trzeba powalczyć o ciepłe żarcie, a grilla ktoś ogarnął magią. Jest tam - poradziłem Bertiemu, wskazując miejsce, gdzie nie tylko zapiekała się kiełbasa, ale też inne przysmaki. Tak też przy okazji można by było upolować może coś do picia...
- BUM? ...czy Biuro Aurorów? - dopytałem z ciekawością. Bren pracowała w BUMie, ale faktycznie gdzieś tam o uszy mi się obijało o Moodych-aurrorach, ale... różnie bywało. Owen też kiedyś był cyrkowcem, a teraz nie dość, że zmienił nazwisko, to jeszcze śmigał Błędnym i na dodatek nas nienawidził jako Bellów, stąd też z góry niczego nie zakładałem. - Alexander Bell... W sumie też przyjaciel... od lat - przyznałem, wspominając te okazjonalne odwiedziny Bren w cyrku. Wpadała i wypadała. Może to nie była jakaś zażyła przyjaźń, może bardziej znajomość, ale jednak nic złego nie mogliśmy sobie zarzucić. Może poza lawirowaniem na granicy życia i śmierci, hehe. Chociaż pewnie służbowo było im bliżej do podobnych sytuacji, może nawet bardziej poważnych, niż głupich śmiechów dzieciaków.
Poprawiłem nieco koszulę w biało-błękitne chmurki, która za bardzo zaczęła mi przylegać do skóry, po czym przyjrzałem się uważnie podpiekanej kiełbasie. Jeszcze potrzebowała czasu, żeby być odpowiednio chrupiącą. Przy okazji również przetrawiałem fakt, że te samoloty to raczej Alastora nie porywały. Trudno. Miałem coś zarzucić może... o morzu, ale pojawiła się jakaś głośna dziewczyna, więc w sam raz zagadała ciszę. Obserwowałem jej energiczne gesty, nawet na chwilę zaczarowując moje postępy kulinarne, by same się nie zjarały. Oczywiście, bez użycia różdżki. Nie miałem różdżki, tak na dobrą sprawę nigdy jej nie miałem.
Przysłuchiwałem się tym przywitaniem. Jakby nie patrzeć, nie byłem tu w tej chwili intruzem, ale... uczestnikiem rozmowy, który stał i właściwie patrzył, nie mając kompletnie wizji na odezwanie się, szczególnie że te wszystkie twarze były mi kompletnie obce. Zapewne na terenie cyrku kompletnie inaczej by to wyglądało, bo to byłoby moje pole popisu, a tak... starałem się być powietrzem chwilowo, bynajmniej póki ręki nie podał mi nowy przybysz, niejako ratując z powietrzowej opresji. Dużo dziś było we mnie z powietrza i samolotów... Czy to przez tę niebiańską koszulę...? Też miałem trochę konsternacji, bo ten Alek... było to Alastora, nie do mnie!
Wyprostowałem się, też nabierając jakiejś nowej energii w płuca wraz z kolejnym wdechem. Podałem dłoń Bertiemu, coś tam trybiąc z tyłu głowy z tym nazwiskiem, ale jeszcze nie trybiło, dopiero miało zatrybić.
- Alexander Bell - przedstawiłem się, w końcu jednak zatrybijając. - Bertie Bott?! Ten Bertie Bott od fasolek...? - zapytałem z ciekawością, czy to faktycznie takie osoby, persony medialne wręcz, znajdowały się na brennowym pikniku...?
- Miło mi poznać - dodałem jeszcze po chwili, po czym okręciłem się w kierunku ogniska. Wskazałem moje drobne przypiekane dzieło. - Zależy, czy wolisz z ogniska czy z grilla... Na ognisku trzeba powalczyć o ciepłe żarcie, a grilla ktoś ogarnął magią. Jest tam - poradziłem Bertiemu, wskazując miejsce, gdzie nie tylko zapiekała się kiełbasa, ale też inne przysmaki. Tak też przy okazji można by było upolować może coś do picia...