Cokolwiek się działo – jej rozproszenie ewidentnie nie podziałało. Udało jej się za to odrzucić od siebie trytona, który rzucił się na nią, zabierając ten cenny czas, odgradzając od reszty ludzi, zwłaszcza tych, których chciała chronić. Tryton został odepchnięty, lecz nim zdążył na nią natrzeć ponownie, pochwyciła go jakaś bańka… powietrza? Czegoś? Cokolwiek się działo – ewidentnie nie mógł się ruszyć, mój jedynie napierać na ścianki bańki, jak takie dziecko, które nie potrafi się za dobrze poruszać, unieszkodliwiony przynajmniej na jakiś czas. Dopiero teraz się rozejrzała nieco uważniej; Geraldine i Laertes atakowali Adrię z dwóch stron, Astaroth… chyba się aktualnie nie ruszał. Co się działo? Nie miała czasu tego analizować. Zrozumiała za to, że to Esme postanowił jej pomóc i zaatakował „jej” trytona od drugiej strony. Kiwnęła do niego głową. Tylko czemu jej rozproszenie nie zadziałało…?
Skoro jednak nie działało, to pozostało jedno – unieszkodliwić osobę, która wpływała na umysł Laurenta. Adria, atakowana z dwóch stron, nadal się trzymała, była znacznie twardszą przeciwniczką. Victoria jednak nie zamierzała do niej podpływać, o nie. Kątem oka widziała opadający na dno kadłub jednego z trytonów, którego pozbawiono głowy… Ona sama nie zamierzała tego robić – to nie były żywe trupy, które można było pozbawić nie-życia bez konsekwencji, to nadal była żywa istota, która czuła, choć była… przeżarta złem? Nie wiedziała tego. Nie zamierzała za to mieć jej życia na koncie. Jak dla niej, Ulth i jego ziomkowie mogli sobie ją sami osądzić i zrobić to, co uważają za słuszne, choć pewnie to Geraldine ją wykończy, albo drugi z łowców. Dlatego nie ruszając się zbytnio z miejsca, korzystając z okazji, że atakujący ją tryton był unieruchomiony, spróbowała wyczarować ciasno oplatające się więzy na ciele Adrii, tak, by ta nie mogła się ruszać, wykonywać ataków, ani próbować się wyrwać. To powinno przesądzić o sytuacji.
Widziała też, że Laurent wgryzał się ciągle w rękę Perseusa i nie mogła nic na to poradzić, szybko jednak puścił, a później swoimi łapkami smagał się po pyszczku, miotał się, zatoczył koło, a potem… Potem po prostu podpłynął do niej i schował się za jej plecami. Nie zaatakował jej, po prostu skrył się, najpewniej szukając oparcia i bezpieczeństwa. Chciała go pocieszyć i było jej go szkoda, nie był przecież przyzwyczajony do walki ani tym bardziej takich widoków, przecież woda była brudna od krwi, której Laurent tak bardzo nie lubił…
– Będzie dobrze – powiedziała tylko, bo na więcej w tej chwili nie było miejsca.
Kształtowanie
Sukces!
Sukces!