Wstydził się tych starań. Wstydził się wielu rzeczy i wiele uważał za głupie. Nie przyznałby tego na głos - zamiast okazywać zawstydzenie i pielęgnować to uczucie, zastanowić się nad nim i przepracować, łatwiej było je wykorzystać jako paliwo do zasilenia tego, co tak mocno go napędzało. Złości. Czemu więc się wstydził? Nie wiedział. Cały ten mankament z życiem między uczuciami polegał na tym, że kiedy coś bierzesz, musisz też coś dać. Transakcja wiązana i chociaż dla Victorii to nie było żadne zaciąganie długów, Sauriel nie potrafił inaczej - kredyt na twojej karcie mógł mieć ograniczony limit. Kiedy nienawidzisz zobowiązań uczysz się w końcu unikać wszystkiego, co je powoduje. Więc? Oto i mamy te wielkie EMOCJE. Mamy sens trwania i przetrwania w społeczeństwie i relacjach. Czym innego jest przyjaźń, a jeszcze czymś innym zakochanie. Tak, oto i więc sedno sprawy i źródło naszego wstydu. Miłość. Czy on mógł powiedzieć, że kochał Victorię tak, jak ona kochała jego? Nie miał na to odwagi. Miał odwagę na wiele rzeeczy, zbyt wiele rzeczy, ale na to - nie. Nawet przed samym sobą.
- I bardzo, kurwa, dobrze - gdyby oddychał to mówiłby właśnie na wydechu. Ale nie oddychał. Palenie papierosów było nawet bardzo złudnym pobudzaniem organizmu do pracy za pomocą samych mięśni, bo jego płuca przecież nie mogły w pełni przyswoić dymu i go wypuścić. Hej, na coś trzeba umrzeć! Rookwood przynajmniej nie umrze od gruźlicy - bo to nawet dla mnie jakiś jebnięty koszmar. Lepsze ruszające trupy niż... a zresztą. - Machnął znowu ręką. - Truć ci nie będę, piekielnie paskudne rzeczy się potrafią dziać tam na dole. - Widziała już pewnie wiele takich paskudności, co nie znaczyło, że musiał jej akurat w TEN dzień (TEN czyli jaki?) pobudzać wyobraźnię Lestrange. A ten dzień był... a raczej: noc... Cóż: ślub. Takie rzeczy łączyły ludzi w radości, a nie odlepiały od świata i ciężarem wbijały gwoździe do trumny. Hej, wystarczająco już ich zebraliśmy, może to pora wyrzucić kilka na złom? Z pewnością znajdzie się kilka z zamierzchłych czasów, które dawno temu powinny trafić do śmietnika. Człowiek potrafił mieć zadziwiająco brzydką manierę z "a może się przyda". Ay, może się przyda... Drugiemu pokoleniu za 150 lat. Przyda się do sprzedania jako antyk, przynajmniej przyszła rodzina, której już nie poznasz, będzie mieć. Albo przyda się jako element nakłaniający do zrobienia w końcu porządków na strychu.
Opuścił głowę w dół i podparł ją na dłoni ręki opartej łokciem na udzie. Przesunął palcami parę razy po włosach, nerwowo, zaczął unosić nogę w górę i w dół, opierając ją na palcach. Nerwowo. Ta nerwowość opisywała brak komfortu w odczuciach, które nagle wyciągnęła Victoria na stół. Oto danie główne - tyle z niewywoływania niechcianych emocji, tylko się nie spodziewał, że to przed nim zostaną wyciągnięte. Gardził takim posiłkiem, bo nie miał na niego sił. Nie chciał niczego odczuwać, a już na pewno nie żalu, smutku, nostalgii. Nie chciał myśleć o tamtym żałosnym dniu w parku ani o wszystkim, co go otaczało. Czy Victoria by mu pomogła? Kurwa, pomogłaby. Oczywiście. Nie musiała go do tego przekonywać - mógł na nią liczyć chyba ze wszystkim, mało to udowodniła? Pociągnąłby nosem, gdyby tylko był w stanie mieć katar. Może uroniłby łzę, gdyby jakąś posiadał. Nic takiego się nie działo. Khatarsis w takim wykonaniu nie miało prawa go dotknąć, więc po prostu tak siedział, nie mając ochoty podnosić głowy, ale w swojej ciszy dziękując jej za to, że jest, że się stara, że... pomimo tego wszystkiego ją ma.
W końcu się wyprostował i uśmiechnął do niej ciepło.
- Ay, Victorio. Chcę z tobą zatańczyć. - Powiedział zadziwiająco klarownym głosem jak na siebie. Wstał z tej ławki, zgasił peta i zaproponował jej znowu ramię, prowadząc ją do wnętrza. - A co do twojego eliksiru... najwyżej jak zacznę płonąć to rzucisz mi na łeb bańkę z wodą. - Jak z tego popularnego zaklęcia, którym dzieciaki bawiły się na śmingus-dyngus.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.