15.07.2024, 11:33 ✶
Południowe Stragany, Château des Dragons
rozmawiam z Lorien i Lyssą
rozmawiam z Lorien i Lyssą
Tahira słysząc swojego szefa, skinęła głową tak że jej loczki sprężyście podskoczyły zgodnie z ruchem głowy i zanurkowała pod ladą po butelkę i to absolutnie nie rocznika 71, a 60, który też był "sponsorowany" przez smoka opalookiego. Ta sama barwa, podobny smak, choć zdecydowanie brak mu było magicznego komponentu. Anthony niezmiennie uważał, że dobry trunek powinien być wyzbyty magii, aby nie rozpraszać ciała podczas jego degustacji. Na ladzie pojawiły się eleganckie kieliszki ze stalowym smokiem oplatającym nóżkę. Wyjątkowi goście, wyjątkowe traktowanie. Niedopuszczalnym było, żeby sędzina Wizengamotu i jej towarzyszka piły z beczek, które pół dnia już stały na słońcu.
Anthony ucałował Lorien trzykrotnie, powstrzymując się przed przejściem na włoski, nie wiedział przecież, czy druga kobieta posługuje się mową wysyconą winą, operą i słońcem.
– Chyba nie mieliśmy dotąd przyjemności. Anthony J. Shafiq, za dnia urzędnik państwowy, po godzinach winiarz hobbysta, miłośnik smoków i dalekich podróży – przedstawił się Lyssie, ujmując jej dłoń i kłaniając się przed nią, by chwilę potem wsunąć w dłonie kobiet kieliszki. Na jego piersi wciąż spoczywała szarfa z wdzięcznym napisem "Jestem zwycięzcą" zdobną w symbol klubu łuczniczego. Jakoś o niej zapomniał w ferworze okoliczności konkursu.
Wyraźnie rozpogodził się widząc zainteresowanie figurą, która akurat teraz odwróciła głowę i zwróciła swoje perłowe oczęta w kierunku obserwującej ją dziewczyny. Srebrzysty język polizał metaliczne chrapy bestii. Z pewnością rzeźba była warta więcej niż całe to stanowisko razem wzięte.
– Piękne australijskie bestie. To wielka strata dla nas tu w Europie, że są tak daleko i nie można podziwiać ich na co dzień. Miałem szczęście widzieć je w ubiegłym roku i chociaż taką statuą przychodzi mi pielęgnować pamięć tego łagodnego splendoru, który wokół siebie roztaczały. – Westchnął z rozrzewnieniem, opierając się wygodnie o ladę w swobodnej pozie. – Och, korzystam, że sabat odbywa się w mieście, poza tym mój cyrograf, który podpisałem z Rosierami... – zawiesił głos z teatralnie cierpiętniczą miną mówiącą "cóż, poświęcę się i będę pokazywać publicznie w waszych garniturach". Prawda też była taka, że po artykule Stanhope potrzebował ocieplenia wizerunku, a rozdawanie wina było łatwymi punktami do zdobycia. No i jeszcze pozostawiony gdzieś w tłumie główny i jedyny prawdziwy powód jego obecności na Lammas. Powód, który trzy dni temu powiedział mu, że jarmark w mieście jest poniżej ich poziomu, a jednak kupiony wspólnie sygnet ciążył mu na palcu jak obietnica zmiany, która lada moment szturmem mogła wziąć jego życie za bary. Miłość ogłupiała, to pewne. Jakże słodka to jednak była głupota.
– Za moment i tak wracam do Potterów, obiecałem przyjacielowi, że przejdę się z nim po straganach, on lubi takie rozrywki, ale nie mogłem przecież stracić okazji by móc zamienić z Wami kilka słów. Lorien... Może masz ochotę wpaść do mnie jutro na kieliszek tajemnicy? Mam coś, co wydaje mi się przypadłoby Ci do gustu. W ramach przeprosin, że nie odzywałem się przez te ostatnie miesiące. Per favore, mia cara amica, non farmi implorare. Oggi sono in beige e inginocchiarmi su questo sanpietrino mi distruggerebbe l'anima. – prosił w rozbawieniu, kołysząc różowym winem. Tym razem miał zamiar je wypić. 60 nie był najlepszym rocznikiem, ale wystarczająco dobrym, by przepłukać nim gardło.
Anthony ucałował Lorien trzykrotnie, powstrzymując się przed przejściem na włoski, nie wiedział przecież, czy druga kobieta posługuje się mową wysyconą winą, operą i słońcem.
– Chyba nie mieliśmy dotąd przyjemności. Anthony J. Shafiq, za dnia urzędnik państwowy, po godzinach winiarz hobbysta, miłośnik smoków i dalekich podróży – przedstawił się Lyssie, ujmując jej dłoń i kłaniając się przed nią, by chwilę potem wsunąć w dłonie kobiet kieliszki. Na jego piersi wciąż spoczywała szarfa z wdzięcznym napisem "Jestem zwycięzcą" zdobną w symbol klubu łuczniczego. Jakoś o niej zapomniał w ferworze okoliczności konkursu.
Wyraźnie rozpogodził się widząc zainteresowanie figurą, która akurat teraz odwróciła głowę i zwróciła swoje perłowe oczęta w kierunku obserwującej ją dziewczyny. Srebrzysty język polizał metaliczne chrapy bestii. Z pewnością rzeźba była warta więcej niż całe to stanowisko razem wzięte.
– Piękne australijskie bestie. To wielka strata dla nas tu w Europie, że są tak daleko i nie można podziwiać ich na co dzień. Miałem szczęście widzieć je w ubiegłym roku i chociaż taką statuą przychodzi mi pielęgnować pamięć tego łagodnego splendoru, który wokół siebie roztaczały. – Westchnął z rozrzewnieniem, opierając się wygodnie o ladę w swobodnej pozie. – Och, korzystam, że sabat odbywa się w mieście, poza tym mój cyrograf, który podpisałem z Rosierami... – zawiesił głos z teatralnie cierpiętniczą miną mówiącą "cóż, poświęcę się i będę pokazywać publicznie w waszych garniturach". Prawda też była taka, że po artykule Stanhope potrzebował ocieplenia wizerunku, a rozdawanie wina było łatwymi punktami do zdobycia. No i jeszcze pozostawiony gdzieś w tłumie główny i jedyny prawdziwy powód jego obecności na Lammas. Powód, który trzy dni temu powiedział mu, że jarmark w mieście jest poniżej ich poziomu, a jednak kupiony wspólnie sygnet ciążył mu na palcu jak obietnica zmiany, która lada moment szturmem mogła wziąć jego życie za bary. Miłość ogłupiała, to pewne. Jakże słodka to jednak była głupota.
– Za moment i tak wracam do Potterów, obiecałem przyjacielowi, że przejdę się z nim po straganach, on lubi takie rozrywki, ale nie mogłem przecież stracić okazji by móc zamienić z Wami kilka słów. Lorien... Może masz ochotę wpaść do mnie jutro na kieliszek tajemnicy? Mam coś, co wydaje mi się przypadłoby Ci do gustu. W ramach przeprosin, że nie odzywałem się przez te ostatnie miesiące. Per favore, mia cara amica, non farmi implorare. Oggi sono in beige e inginocchiarmi su questo sanpietrino mi distruggerebbe l'anima. – prosił w rozbawieniu, kołysząc różowym winem. Tym razem miał zamiar je wypić. 60 nie był najlepszym rocznikiem, ale wystarczająco dobrym, by przepłukać nim gardło.