— Wyślę go do ciebie, jak będzie próbował poderwać na nowo Tessę, chociaż chyba jednak mu nie idzie.
Zjadł swój boczek, odchylając głowę do tyłu i wpakowując cały chrupiący pasek do paszczy, próbując nie patrzeć na swojego starszego brata i jego byłą żonę. Współczuł mu niesamowicie, poniekąd wiedział, jak się czuje. Złamane serce, nie tak łatwe do wyleczenia, a skrzywdzone ego jeszcze gorsze. Morpheus chciał umrzeć tylko nie tak naprawdę. Fascynujące było badać przepowiednie przez lata i uświadomić sobie, że to, co się powtarzało w swojej przeszłości, czego się obawiało, znaczyło coś zupełnie innego. Siedział często przy swoim biurku, obracając kuleczkę przepowiedni w trzech palcach, z nogą założoną na nogę. Umrzeć młodo na polu hiacyntów, ha. Pomimo chęci, aby rozbić błyszczące szkło na drobinki, odkładał ją delikatnie na swoje miejsce. Lubił do niej wracać nie tylko dlatego, że czasami po miłości pozostawał tylko ból i trzeba sobie o nim przypomnieć, żeby nie stracić i tego. Czasami po prostu chciał usłyszeć głos swojej mamy.
— Może innym razem — parsknął do Jonathana na łóżkowe propozycje, nawet jeżeli były całkowicie przypadkowe i wynikały z tego, że Gryfon najpierw majtał ozorem, a dopiero później myślał. — Nie żartuję z tym celibatem, chociaż nie chodzi o Antoniusza, to na pewno wiesz...
Urwał, ale przypomniał sobie, że podchodzący do niego mężczyzna, to jego brat, ten, który wiedział i który przyłapał go na gorącym uczynku. Dziwnie mu się patrzyło na przemienioną twarz Clemensa, którego zawsze irytował, poważnie wymawiając jego pełne imię. Dla swojego usprawiedliwienia robił tak z prawie każdym, nigdy nie zdrabniając ich ani nie skracając, co brzmiało niesamowicie głupio w ustach trzynastolatka, ale już całkiem poważnie dla Niewymownego po czterdziestce.
— Wyszło ci spektakularnie, mój drogi. Tylko uważaj na jej byłego męża, straszny świr — przywitał się z Tarpem, otwierając butelkę z piwem o kant stołu. Antoniusz chyba by umarł, gdyby to zobaczył. Na pewno machałby do nieba oczami. Niekulturalni barbarzyńcy, a do tego jeszcze piwo. — Niestety, musisz konkurować z Adonisem z Milo, wyłaniającym się z piany morskiej.
Wskazał butelką, z której zaczęła lecieć piana, ociekającego wodą Bertiego i próbował upić wzburzony trunek, ale zaraz parsknął, piana nadal płynęła, ale teraz jeszcze przez jego nos. Szybko się schylił i odskoczył, aby nie pochlapać się alkoholem i zaczął kaszleć. Zemsta losu dotknęła go bardzo natychmiastowo.